piątek, 22 czerwca 2012

W.A.B.: Etgar Keret - podbił Polskę w czasie EURO 2012!

Szanowni Państwo,

Etgar Keret został bardzo ciepło i licznie przyjęty przez polskich czytelników.
W Poznaniu i Warszawie, mimo ciekawych rozgrywek piłkarskich w ramach EURO 2012, pojawiły się tłumy rozentuzjazmowanych kibiców literatury.

Opis: Opis: \\Serwer\public\worek-niearchiwizowane\ZDJeCIA_NIE_KASOWAC\EtgarKeret_6_2012\MaleZdjecia\P1020903.jpg

Autor z uśmiechem podpisywał każdą książkę. A było ich więcej niż czytelników. 
Przypominamy, że „Nagle pukanie do drzwi” to już V tom opowiadań wydany przez W.A.B.

Opis: Opis: \\Serwer\public\worek-niearchiwizowane\ZDJeCIA_NIE_KASOWAC\EtgarKeret_6_2012\MaleZdjecia\P1020957.jpg

W każdej książce znalazł się inny rysunek spontanicznie stworzony przez Etgara Kereta.

Opis: Opis: \\Serwer\public\worek-niearchiwizowane\ZDJeCIA_NIE_KASOWAC\EtgarKeret_6_2012\MaleZdjecia\P1020950.jpg

Już we wrześniowym numerze Malemena zobaczycie Państwo zdjęcia z niesamowitej sesji. Autor trafia do „Świata według Etgara Kereta”.

Opis: Opis: \\Serwer\public\worek-niearchiwizowane\ZDJeCIA_NIE_KASOWAC\EtgarKeret_6_2012\MaleZdjecia\P1030037.jpg

W najbliższym czasie będziecie Państwo mogli zapoznać się z wywiadami, których wiele Etgar Keret udzielił polskim mediom.

I dla nas poświęcił chwilę na prywatną sesję. Takim go zapamiętamy – do października.

Opis: Opis: \\Serwer\public\worek-niearchiwizowane\ZDJeCIA_NIE_KASOWAC\EtgarKeret_6_2012\MaleZdjecia\P1030072.jpg

Mamy nadzieję znów gościć autora w Polsce – na pewno w kolejnej zadziwiającej odsłonie.



Prawdopodobnie już wszyscy przeczytali opowiadania Mistrza Krótkiej Formy.
Jeśli jednak znajdzie się osoba, która tego nie zrobiła, zapraszamy do lektury:
Opis: Opis: http://www.wab.com.pl/images/cache/33107b5a69b8bd23e3d47c4b5185f419.jpg     Opis: Opis: http://www.wab.com.pl/images/cache/868341946b00116e202616375f7abed5.jpg     Opis: Opis: http://www.wab.com.pl/images/cache/fc14fa445fe7d0d02eed090117bdaee6.jpg    Opis: Opis: http://www.wab.com.pl/images/cache/f00088ab40e1fd0832448c78573185d7.jpg       Opis: http://www.wab.com.pl/images/cache/6baeb9bc1a484322aeb191acc93852f1.jpg

Premiery W.A.B.: "Turnus" Tomasza Łubieńskiego, "Lilianna Łungina. Słowo w słowo" Olega Dormana

Autor bawi się językiem, stosując „chwyty” używane
przez najbardziej dziś chwalonych pisarzy młodego pokolenia.
  Zdzisław Pietrasik, „Polityka”


TOMASZ ŁUBIEŃSKI
Turnus
premiera: 20 czerwca 2012
seria: archipelagi

Kreta – raj na ziemi oferujący turystom wszystko, co potrzebne do udanego wypoczynku: niezawodne słońce, piaszczyste plaże, piękne krajobrazy.
Przybywających wita nienagannie uśmiechnięta Persi. Jej imię to zdrobnienie od Persefony, bogini, która pojawia się na wyspie z początkiem każdego sezonu turystycznego. Profesjonalny dystans Persi zostaje przełamany, gdy poznaje profesora. Wspólnie odkrywają inne oblicze wyspy – pełną złowrogich wąwozów arenę walk, jakie pół wieku wstrząsnęły tym turystycznym rajem. Persi i profesor decydują się wyruszyć razem na Psiloritis, najwyższą górę na wyspie. W tej wyprawie przeszłość połączy się z nieuchronną przyszłością.


Turnus Tomasza Łubieńskiego to napisana z fabularnym rozmachem
opowieść o wędrówce człowieka przez labirynt historii i własnej pamięci.





Halo, halo, mili państwo, oto rozprasza się egejska noc gęsta jak mgła i już pod skrzydłami naszego samolotu defilują wyspy. Całym archipelagiem. Wyspy płowe od pierwszego słońca, niby skóry dzikich zwierząt rzucone na fale. Prosto z jasnego nieba.
Ładnie powiedziane, prawda?
Żałuję ogromnie, ale koncept nie jest mój. Niestety. Wymyślił go pewien poeta. Nazwiska nie pamiętam. Za co z całego serca państwa przepraszamy.
(fragment powieści Turnus)

Na debiut nigdy nie jest za późno. Tomasz Łubieński (ur. w 1938 r.), ceniony eseista, dramaturg, autor książek, które miały ogromny wpływ na naszą świadomość historyczną (m.in. Bić się czy nie bić?), napisał powieść. I wbrew temu, czego się można było spodziewać, bynajmniej nie historyczną. Turnus jest powieścią współczesną, w dodatku napisaną tak, że czytając ma się wrażenie, iż autor bawi się językiem, stosując „chwyty” używane przez najbardziej dziś chwalonych pisarzy młodego pokolenia. Jak się okazuje, w tej konkurencji też daje sobie radę.
Zdzisław Pietrasik, „Polityka”

 
Tomasz Łubieński (ur. 1938) – wszechstronny pisarz, dramaturg, eseista, publicysta i tłumacz. Studiował historię i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Wieloletni członek redakcji tygodnika „Kultura”, współpracował z „Res Publiką”, „Aneksem” i „Zeszytami Literackimi”. Redaktor naczelny „Nowych Książek” oraz krytyk literacki w programie telewizyjnym „Dobre książki”. Opublikował m.in. Bić się czy nie bić? O polskich powstaniach (1978), Pod skórą (1980), Czerwonobiały (1983), Pisane przedwczoraj (1983), Bohaterowie naszych czasów (1986), Norwid wraca do Paryża (1989), M jak Mickiewicz (1998), Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim (2004), Wszystko w rodzinie (2004, Nagroda im. Władysława Reymonta) oraz 1939. Zaczęło się we wrześniu (2009).





Historia Lilianny Łunginy opowiedziana przez nią samą
– to chyba najsilniejsze doznanie artystyczne ostatnich lat.
Boris Akunin

OLEG DORMAN
Lilianna Łungina.
Słowo w słowo

premiera: 20 czerwca 2012
seria: Fortuna i Fatum
tytuł oryginału: Podstrocznik
przekład: Karolina Romanowska

Lilianna Łungina była znaną i cenioną w Rosji tłumaczką. Słowo w słowo to książka wyjątkowa, napisana na podstawie filmu dokumentalnego Olega Dormana, w którym ta mistrzyni literackiego przekładu, należąca do elity intelektualnej swoich czasów, wspomina rok po roku swoje bogate życie, przypadające na ostatnie trzy czwarte XX wieku. Oglądało ją, wstrzymując oddech, miliony widzów.


Kronika dramatycznej epoki, obraz środowisk literackich Rosji Radzieckiej
i osobista opowieść o życiu duchowym.



Według mnie nie ma na świecie nic bardziej interesującego, niż patrzeć i słuchać, jak zasłużony i mądry człowiek szczerze opowiada o swoim życiu. Szczególnie jeśli upłynęło ono w Rosji i przeżyte zostało tak, jak żyła Lilianna Łungina. Historia Lilianny Łunginy opowiedziana przez nią samą – to chyba najsilniejsze doznanie artystyczne ostatnich lat.
Boris Akunin


Oleg Dorman (ur. 1967) – reżyser, pisarz. W 2009 roku za filmową wersję Rybki został nagrodzony wieloma nagrodami, w tym nagrodą na moskiewskim festiwalu Stalker, nagrodą rosyjskich krytyków telewizyjnych, przyznano mu też Laur 2009 za najlepszy film dokumentalny. 

 

W.A.B.: Premiera książki "Dziewczyna z poczty" - ostatniej powieści Stefana Zweiga



Stefan Zweig
Dziewczyna z poczty
przekład z niemieckiego: Karolina Niedenthal
Posłowie: Tomasz Małyszek
Premiera: 20 czerwca 2012

Książka ukazuje się w serii  NOWY KANON
przygotowanej we współpracy z „The New York Review of Books”
An NYRB Classics Book

Opis: cid:image002.jpg@01CD22F3.AE527810

Ostatnia, niedokończona powieść Zweiga, po raz pierwszy opublikowana czterdzieści lat po jego samobójczej śmierci.

Lato 1926, Austria pogrążona w powojennym kryzysie. Christine pracuje na wiejskiej poczcie, opiekuje się chorą matką, ledwie wiąże koniec z końcem. Choć jest jeszcze młoda, ma wrażenie, że jej życie już się skończyło. Pewnego dnia dostaje od bogatej ciotki zaproszenie na wakacje w szwajcarskim kurorcie. Zaskakująco szybko odnajduje się w niedostępnym dotąd świecie. Tylko czy będzie umiała stamtąd wrócić?

Twórczość Zweiga cenili zwłaszcza młodzi czytelnicy, którzy odnajdowali w jego bohaterach samych siebie, pełnych lęku przed demonami przeszłości, zagubionych w obliczu niepewnego jutra, a zarazem wciąż skłonnych uwierzyć, że kolejny dzień przyniesie poprawę losu. W tym duchu Zweig pisywał swoje nowele i tę złudną nadzieję dał także bohaterom Dziewczyny z poczty.
Tomasz Małyszek

Dziewczyna z poczty to znakomity portret ludzkiej psychiki – świata niepokoju, niepewności, melancholii i rozpadu.
„The Telegraph”

Fragmenty:
Kto ufa uczuciom, ten niewiele widzi: szczęśliwi są złymi psychologami. Tylko człowiek niespokojny napręża do ostatecznych granic wszystkie swoje zmysły, lęk przed niebezpieczeństwem czyni go mądrzejszym niż naturalna mądrość.

Każda materia zawiera w sobie pewien wymiar napięcia, którego nie da się już bardziej przekroczyć, woda ma swój punkt wrzenia, metal topnienia, żywiołom duszy również nie da się ominąć tego niepodważalnego prawa. Radość może osiągnąć taki stopień, po którym nie będzie już odczuwalna, to samo dotyczy bólu, zwątpienia, przygnębienia, wstrętu i lęku. Wypełnione po brzegi wnętrze nie wchłonie już ani jednej kropli świata więcej.

Jedyną przewagą człowieka nad zwierzęciem jest to, że może umrzeć, kiedy zechce, a nie tylko wtedy, kiedy musi. Być może jest to jedyna wolność, jaką człowiek posiada niezmiennie i zawsze, wolność porzucenia życia.

EBOOK
Premiera 20 czerwca.
Dostępny w formatach epub i mobi.
 

Fabryka Słów: Marcin Przybyłek i jego kultowy Gamedec w Fabryce Słów!


Torkil Aymore, znamienity Podróżnik i Gamedec, a przede wszystkim Ran, żołnierz elitarnej Pierwszej Centurii Pierwszego Maodionu,
będzie walczył o przetrwanie. We wszystkich pięciu wcieleniach
.
Tak, tak! To nie złudzenie, ani pomyłka!
Marcin Przybyłek
i jego kultowy Gamedec w Fabryce Słów! "Gamedec. Czas silnych istot" t. 1 - premiera 20 lipca 2012.

czasSilnychIstot-r02.jpg



Autor: Marcin Przybyłek
Tytuł: Gamedec. Czas silnych istot t. 1
Premiera: 20.07.2012
Wydanie: I
Liczba stron: 480

Zbliża się jubileusz setnej rocznicy istnienia WayEmpire. Imperator Ludzkości, Gorgon Nemezjus Ezra, ma zamiar zaskoczyć trzysta miliardów ludzi
zamieszkujących 25 światów Imperium i… odbić ojczysty glob.
Terra Damnata, Ziemia Utracona, kolebka ludzkości, ma dołączyć do WayEmpire. Siedemnaście miliardów Erthirów zainfekowanych niegdyś cyfrową Bestią to nie jedyny problem.
Spaczeni Unithirowie, którzy po Wielkiej Przegranej uciekli w Kosmos, kiedyś powrócą by dokonać wyimaginowanej zemsty.
A wtedy Imperium Tao zatrzęsie się w posadach.
Torkil Aymore, znamienity Podróżnik i Gamedec, a przede wszystkim Ran, żołnierz elitarnej Pierwszej Centurii Pierwszego Maodionu,
będzie walczył o przetrwanie. We wszystkich pięciu wcieleniach.

FRAGMENT
Gdy Andrea zobaczył mnie wyłaniającego się z włazu,w otoczeniu wspomnianej gromady, oddzielił odswojego pojazdu mały kanciasty moduł, który błyskawicznie
poszybował w naszym kierunku. Organiczne rebotki w okamgnieniu przybrały pozycje obronne, a z ich przedramion, ramion i głów (w zależności od modelu) wychynęły części bojowe, gotowe w ułamku cetni anihilować zagrożenie. Wydałem mentalną instrukcję. Rozluźniły się. Artystyczny aparacik rozwinął powiewającą na wietrze flagę, na której zobaczyłem lekko nalanągębę Andrei:
– Witaj, drogi Hieronimie, ciepły w lecie, zimny w zimie! Trzeba było z nim uważać. Miał głowę (i sztuczną pamięć) zapchaną milionem porzekadeł, wierszy, cytatów, fragmentów prozy, holofilmów i mnemonów. Jeśli dyskutant nie łapał kontekstu dowcipu, aluzji bądź nie rozpoznawał źródła, poważnie tracił w jego oczach, a jeśli tak, to wielki artysta wkrótce przestawał się nim interesować i biznes gasł. Z Savianem warto było mieć układy, zwłaszcza odkąd przekazał to pokrętło do psychoskopu Klaudiusza Aeliusa Optimusa, który potem ogłosił swoje Dzieło o małym, co zrewolucjonizowało prądy filozoficzne i fizyczne. Od tej pory obaj chodzili w chwale (Głównie Savi, bo Optimus naprawdę przejął się swoim odkryciem). Prestiż, jaki Andrea uzyskał, był silną kartą
przetargową. Skupiłem się. Nie znałem źródła cytatu, którym mnie uraczył. Domyślałem się, że pochodzi z dwudziestego wieku, z okolic byłej Polski (Savian urodził się w Krakowie. Kto dzisiaj pamięta tę nazwę?). Szczęście, że nosiłem w pamięci ciąg dalszy, wyssany z rodzicielskich rozmów:
– Witaj, witaj, lube dziecię, głupie w zimie, głupie w lecie!
Wizerunek twórcy, falujący na fladze, roześmiał się:
– Witaj, Torkilu, łowco przestworzy! Azaliż przywozisz mi coś ciekawego? Nigdy nie umiałem się odnaleźć w kwiecistym stylu Andrei.
– Chylę czoła, wielki artysto! Zwykły gruz, chwilami połyskliwy.
– Dossskonale, niech twoje zacne automaty wepchną to wszystko do magazynu C.
Wydałem dyspozycję.
– Już to czynią.
Wyminąłem automat z flagą i ruszyłem w jego stronę. Gdy się zbliżyłem, skonstatowałem to, co od razu było oczywiste – mimo mojego imponującego wzrostu, jego stopy wisiały trzydzieści centymetrów nade mną. Latający aparat wyprzedził mnie, zwinął flagę i wrósł w bok egzoszkieletu.
– Jakie to miłe uczucie – rzucił – patrzeć z wysoka na Rana.
Obaj wiedzieliśmy, że w każdej chwili mógłbym wyskoczyć i ściągnąć go z tronu, ale przecież nie o to chodziło.
– Czy mogę uściskać wielkiego twórcę, ale nie przetwórcę?
Nogi jego pojazdu ugięły się, a tron opadł na taką wysokość, by nasze głowy zrównały się.
– Witaj!
I wreszcie wymieniliśmy uściski. Niejeden nie-Ziemianin zdziwiłby się.
– Zaszczycisz mnie własnocielną obecnością podczas sączenia małej herbatki? – spytał.
Piętnasta czterdzieści jeden. Westchnąłem.
– Andrea kochany, chętnie bym został i pogadał o starych dziejach, ale nie mogę. Ostatni dzień na wolności. Dzisiaj o szesnastej muszę być w Maodionie na Gai. Nie chcę cię obrażać i zostawiać perbota czy gadać z tobą awatarem...
Artysta wzniósł rękę:
– Nic nie mów, rozumiem. Czekaj, jest piętnasta czterdzieści dwie, to ty się musisz spieszyć!
Właśnie. Wielki Zdobiciel przejął inicjatywę:
– Niech twoje droidy rzucą w cholerę te skrzynie i wracają do statku...
Wydałem stosowną dyspozycję. Roboty zawróciłyi truchtem pognały do włazu.
– ...moi słudzy zajmą się wyładunkiem, a puste kontenery podeślę ci do jednostki.
– Dzięki.
– Mamonę przeleję, jak będziesz startował.
– Fantastycznie. Dziękuję za zrozumienie i pomoc.
– A!
Machnął jowialnie ręką. Ucałowałem go w policzek i popędziłem do pochylni villabilu. Orszak gnał ze mną.
Perbotowi, który przebywał na pokładzie statku, wydałem dyspozycję przygotowania do startu. Pojawił się sygnał połączenia. Ssieć, nie mam czasu!
Sensował Gabriel. Trzydziestopięciocyklowy syn mój i Pauline. Młody, dopiero szuka drogi. Bez zdolności soulerskich, zresztą podobnie jak Kyle. Wbiegając po rampie, przyjąłem połączenie. Na tle migających, bogato zdobionych ścian korytarza wiodącego do sterówki ujrzałem delikatną, jakby lekko wystraszoną twarz. W tle falowały drzewa, a nad nimi błyszczało błękitne niebo.
– Tata?
– Tak, synku.
– Słuchaj, mam do ciebie prośbę.
– Dobrze, tylko szybko, spieszy mi się.
Dużo myślałem o naszej rozmowie...
Usiadłem w fotelu pilota. Drugi ja ciągle trwał w arealu.
Pewnie ugłaskiwał rozeźloną Pauline.
– Czy nie powinieneś być na Ceremonii Losowania?
Jestem tu, tylko na chwilę wyszedłem na taras...
– Nie możesz porozmawiać z drugim mną, na miejscu?
– On rozmawia z matką.
– Wciąż?
– Była bardzo zła, ale użyli paków i teraz po prostu są razem.
A tak, to było do przewidzenia. W dzisiejszych czasach kłótnie potrafi ą trwać bardzo krótko. Ludzie wymieniają się pakami pamięciowymi odzwierciedlającymi ich uczucia i prawdziwe stanowiska. Wtedy adwersarz natychmiast zaczyna rozumieć twój punkt widzenia i przestaje być zły. Ludzie rozkładają bezradnie ręce i padają sobie w ramiona, pojąwszy, że złość spowodowana była wyłącznie niezrozumieniem. Kłopot jest tylko wtedy, gdy któraś ze stron nie chce przekazać paku. To oznacza, że coś ukrywa. Wtedy kłótnia toczy się starożytnym trybem. Torkil nie miał nic do ukrycia, dlatego wszystko
się względnie dobrze skończyło. Wydałem perbotowi rozkaz wystartowania i wejścia
na orbitę skokową. Piętnasta czterdzieści pięć.
– Mów, tylko szybko.
– Ja wiem, że jest wielu artystów, ale może mam szansę...
Był uzdolniony plastycznie.
– Tylko wiesz, w dzisiejszych czasach młodzi mają strasznie...
Długowieczność powoduje, że im dłużej żyjesz, tym
więcej posiadasz, a im więcej posiadasz, tym szersze roztaczają się przed tobą możliwości. Młokosy jednak mają coraz cięższy start. Między innymi to zjawisko przemawia za tworzeniem Reorów. W klanie nestorzy wspierają juniorów. Jest jednak druga strona medalu: przyrost naturalny powoduje, że możliwości szczytu piramidy
szybko maleją. Powstają napięcia, walki o stanowiska i cały typowo ludzki śmietnik. Harry Norman, mój stary przyjaciel i skarbnik klanu, obliczył, że gdy nasz Reor
przekroczy tysiąc członków, przestaniemy być wydolni finansowo.
– Mają – potwierdziłem.
– Słuchaj, nie pożyczyłbyś pięćdziesięciu tysięcy na pracownię?
Oczywiście. Pieniądze. Po co sensuje się do ojca? Dobrze, że chociaż wychowałem ich na tyle, żeby nie używali telekatii. Awatary mnie rozpraszają i drażnią. To tak,
jakbyś miał gościa, którego nie zapraszałeś.
Villabil oderwał się od lądowiska. Z Savim pożegnał się sensycznie perbot. Mam nadzieję, że Andrea nie zauważył różnicy.
– Jesteś pewien, że chcesz zostać artystą?
Nie.
Punkt za szczerość.
– Ale w tej chwili wydaje mi się to rozsądnym rozwiązaniem.
Odziedziczył po mnie powolny rozwój. Jest przysłowie: „biada przedwcześnie dojrzałym”. Ci, którzy szybko dorastają, bywają wewnętrznie prości, jeśli zaś psyche składa się z wielu klocków, musi upłynąć dużo czasu i wiele musi zajść przeżyć, żeby królestwo wewnętrzne ukształtowało się w sensowny, a czasami – jeśli masz potencjał – piękny wzór. Trochę mimo wszystko przesadzał
z tą powolnością.
Villabil przebijał się przez bursztynowe chmury. Piętnasta sześćdziesiąt dwie.
– To ile chciałeś? – spytałem.
– Pięćdziesiąt tysięcy.
– Wystarczy?
Żeby zrobić portfolio...
– Myślałeś o jakiejś konkretnej specjalizacji?
Chyba villabile.
I znowu miał rację. Odkąd w sześćdziesiątym trzecim ekstrawagancki miliarder Han Salamanca zaczął podróżować między planetami swoim latającym zamczyskiem
w otoczeniu prywatnych soulerów, narów, rebotów i droidów, odkąd świat usłyszał, że, zgodnie z klanowym prawem, został ogłoszony księciem, ludzie oszaleli na punkcie
latających rezydencji. Im większa, bardziej wariacka, mniej opływowa, tym lepiej. Zwłaszcza w erze morfujących materiałów, które nawet z lewitującej gotyckiej katedry
w ciągu niecałej mony mogą uczynić smukły, pozbawiony wystających elementów bolid.
– Na pewno ci starczy?
– Besebu Ran kapitan Jason Stern z „Czujnego” – usłyszałem w głowie przekaz – czy szykujesz się do skoku?
– Czekaj – rzuciłem do Gabriela. – Besebu. Tak – odpowiedziałem mentalnie.
– Podaj destynację.
Gaja.
– Cel?
– Pierwszy Maodion Imperium. Dzisiaj obejmuję
służbę.
– Tato?
– Czekaj, synu, jeszcze rozmawiam z Besebu Ranem.
– Przepraszam.
Co za niecierpliwa latorośl.
– Dziękuję. Proszę utrzymać dotychczasowy wektor
i prędkość oraz zaniechać wszelkich operacji psychotronicznych...
Dziękuję. Głębokich przestworzy.
– Dziękuję. Już jestem, Gab.
– Więc?
Piętnasta sześćdziesiąt dziewięć.
– Zgoda. Zaraz ci przeleję.
Delikatna twarz rozjaśniła się. Musiał być bardzo napięty.
Dzięki! Jednak jesteś wielki!
Jak to: „jednak”?
No tak. O starym dziadzie atavusie musiały w Reorze krążyć niezbyt pochlebne plotki.
Sprawa jest jasna: „jednak” jesteś wielki, gdy dasz pieniądze. Dziesięcioro dzieci i pięć partnerek: Pauline, Anna i soulerki Angela, Vivien oraz Brenda. Wszędzie wymagania
i warunki. Cholery można dostać. Chociaż Angela, zgodnie z imieniem, jest prawdziwym
aniołem... A Anna nie ma wad. Mimo to i tak byłem tym wszystkim zmęczony. Wydałem perbotowi polecenie wykonania skoku.
Drgnęła płaszczyzna teraźniejszości i pomknęliśmy po jej fali do realnie probabilistycznej, a pozornie realnej nowej lokacji, czyli na orbitę pierwszej planety Way-
Empire.


Fabryka Słów: Sztejer powraca. 13.07.2012 "Sztejer II. Dajcie mi głowę zdrajcy"


Sztejer powraca!
Już od 13.07.2012 w księgarniach nowa powieść Roberta Forysia "Sztejer III. Dajcie mi głowę zdrajcy"

Sztejer3.jpg

Autor: Robert Foryś
Tytuł: Sztejer III Dajcie mi głowę zdrajcy
Premiera: 13.07.2012
Wydanie: I
Cena: 35,90 zł
Liczba stron: 304

Trzy wieki podnoszenia się z kolan po wielkiej Zagładzie nauczyło nas wiele. Szczególnie w kwestii skutecznej eksterminacji. Kanalia wyrosła na największe dzieło ewolucji.

Nazywam się Vincent Sztejer i zabijam dla srebra

Wścieklica jest jedną z dwóch największych plag ludzkość. Zaraz obok władzy. Obydwie zmieniają ludzi w wyprane z uczuć, dyszące żądzą mordu, zaślinione bestie. Ci przy korycie lepiej się maskują, ale najskuteczniejsze lekarstwo na obydwie przypadłości jest identyczne - porcja ołowiu aplikowana za pomocą obrzyna. Najlepiej z małej odległości.

Mógłbym tu się przed wami wybielić, skłamać, że moim powołaniem jest ratowanie uciśnionych niczym junak z ballady. Znacie ten schemat, oklepany do wyrzygania. Skuteczny, kiedy zapragniesz kopnąć w kalendarz. Dziękuję, postoję. Mnie się w tym szambie mimo wszystko podoba.

I tak sterczę pomiędzy tymi co chcą mnie zeżreć, a tymi co chcą mnie zabić i ograbić. Co bym nie zrobił mam przesrane. U mnie norma.

FRAGMENT
Franz podziękował głośno za wino i trzymając oburącz kielichy, zaniósł je do stołu gwardzisty. Korzystając z okazji, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, przeniosłem się za wygaszony kominek. Stała tam szeroka ława do spania. Sakwy wepchnąłem pod leżak
i położyłem się na boku, mając nad głową ciemną dziurę otworu wentylacyjnego.
To stamtąd rozległ się głos. Cichy, stłumiony, na granicy słyszalności, a jednak na tyle uchwytny, że rozumiałem każde wypowiedziane słowo.
– Czarownice mogą być wszędzie – nabrzmiały surowością szept należał bez wątpienia do brata Dawida.
– Często ukrywają się pod postacią dostojnych matron, wdów, a nawet... – Zaprzysiężony zawiesił na sekundę głos – młodych, pięknych żon, które za plecami niczego nieświadomych mężów obcują cieleśnie z diabłami.
– Nie może to być, mistrzu – zaoponował Trybko drżącym głosem.
– Właśnie tak, służebnice diabła można napotkać w najmniej spodziewanych miejscach – młody gwardzista przemówił z pełnymi ustami. – O, na ten przykład, będzie sześć miesięcy temu, jak mój preceptor mistrz Jorg Lejman wykrył wiedźmę w żonie kupca solnego. A wierzcie mi, nie było to łatwe, gdyż służebnica diabła przebiegle kryła się z wszeteczeństwem. Co niedziela bywała w kościele, a nawet częściej, regularnie przystępowała do spowiedzi, łożyła hojne datki na Klasztory i nosiła się skromnie, jak przystało niewieście. Rzekłbyś, panie Trybko, wzór cnót wszelkich.
– Jak wykryliście, mistrzu, że to czarownica? – głos kupczyka brzmiał, jakby mu co utkwiło w gardle.
– Po znamieniu na pachwinie. Kazaliśmy sługom rozebrać posądzoną, ogolić z włosów, a potem wraz z mistrzem Jorgiem zbadaliśmy jej ciało pod kątem obecności diabelskich znamion, wówczas ujrzeliśmy piętno. Nakłułem je srebrnym szpikulcem, mimo to nie spłynęła kropla krwi. Mistrz Lejman, który jest człowiekiem wielce biegłym w tych sprawach, uznał, że to diabelski stygmat. W związku z tym podejrzeniem poddaliśmy ową niewiastę przesłuchaniu. Z początku opierała się z wyznaniem win, lecz po dwóch dniach indagacji podpisała zeznanie, odbyła pokutę i poszła na stos.
– Ale wiele kobiet ma na skórze znamię czy przebarwienia – odezwała się milcząca dotąd pani Julia.
– Zamilcz, kobieto – warknął kupczyk. – Wybacz, mistrzu, głupiej niewieście.
– Ależ nie, panie Trybko, nie doceniacie rozumu w tej pięknej główce. Wasza małżonka ma świętą rację. Znamię czy nawet brodawka to tylko poszlaka, pierwszy ślad nie zawsze wskazujący na wspólnictwo z czartem. Dlatego tak ważne jest badanie oskarżonej osoby i wydobycie z niej szczerego wyznania. Ale cóż to, nie pijecie – gwardzista zmienił nagle temat. – Ja, rozumiecie, nie mogę nadużywać wina, medyk zabronił, ale wy nie żałujcie sobie. No pijcie, do dna proszę – zabrzmiało
to niemal jak rozkaz.
Po ciszy, jaka nastąpiła, odgadłem, że Trybko wychylił zdradliwy poczęstunek.
– A co się stało z mężem tamtej niewiasty? – odezwał się sennie kupczyk.
– Został poddany przesłuchaniom, abyśmy zyskali pewność, że i on nie był w zmowie z diabłami.
– Przesłuchany... – niemal słyszałem, jak Trybko przełyka ślinę. Wyobraziłem sobie, jak Zaprzysiężony brat wykonuje lekceważący gest dłonią.
– Tylko w niezbędnym minimum, aby dać mu szansę udowodnienia swej niewinności. Zresztą szybko odzyskał zdrowie, już po miesiącu mógł się poruszać o kulach.
– ...o kulach...
– Niestety, takie procedury... Powiem wam jednako, że człek ów rozumiał, że czynimy tylko swój obowiązek, i pretensji żadnych do działań mistrza Jorga nie wnosił, co też poświadczył na piśmie.
Trybko zabełkotał coś, czego nie zrozumiałem, i zapadła cisza.
– Wasz mąż nie ma zanadto tęgiej głowy – powiedział Dawid swobodnym tonem. – Kto by pomyślał, taki wielki chłop, a zaległ po jednym kielichu. Czy w innych sprawach jest równie prędki?
Odpowiedziały mu godne milczenie pani Julii i parsknięcia rozbawionych półbraci.
– Zanieście pana kupca do wozowni i ułóżcie wygodnie – rozkazał gwardzista.
Usłyszałem zgrzyt odsuwanej ławy i odgłosy towarzyszące wyciąganiu zza stołu bezwładnego ciała. Półbracia wytaszczyli kupczyka na dwór.
– Co teraz? – głos pani Trybko brzmiał cicho, spokojnie.
– Może pokażesz mi izbę, którą obiecał odstąpić wasz mąż.
– Jestem uczciwą niewiastą.
Dawid roześmiał się.
– No trudno, i na to coś poradzimy.
– A jeśli odmówię? – zapytała wzgardliwie.
– Nie radzę. Kilka dni temu odkryliśmy i wytępiliśmy w tej diecezji czcicieli diabła. Winni, rzecz jasna, zostali przykładnie i surowo ukarani, niemniej wiemy, że niektórym udało się zbiec przed sprawiedliwością.
– Co to ma wspólnego z nami?
– To się okaże w trakcie przesłuchania.
Zapadło głuche milczenie.
– Tak czy inaczej dostaniecie, co chcecie, tak? – powiedziała wreszcie.
– Co do każdej waszej dziurki – potwierdził cynicznie.
– Przysięgnijcie, że rankiem dacie odjechać nam wolno.
– Macie moje słowo, pani... a teraz już chodźmy, mam za sobą długą drogę.
Spod krawędzi koca przypatrywałem się, jak gwardzista podąża po schodach na piętro za Julią Trybko. Nim zniknęli w ciemnym przejściu za balustradą, przez mgnienie oka widziałem ich oblicza. Jego harde, ozdobione uśmieszkiem triumfu, i jej poważne, surowe, o zaciśniętych ustach.
Zerknąłem na drzwi prowadzące na dwór, pomyślałem, że dobrze by było opuścić karczmę, póki nie wrócili półbracia. Tacy jak oni mają zwykle nosa do ludzi, któryś
mógłby wyniuchać coś u mnie. W sali pozostali tylko oberżysta, handlarz tandetą i waligóra pochrapujący fałszywie w kącie. Wykorzystując okazję, wymknąłem
się, zabierając ze sobą płaszcz, miecz oraz sakwy. Noc była ciepła, bezchmurna, zaś księżyc przypominał nadgryzione ciastko z rodzynkami.
Od razu udałem się do stodoły w nadziei, że sarniooka zjawi się na umówione spotkanie wcześniej. Ospowaty księżyc świecił na tyle jasno, że nawet z kilkudziesięciu kroków dostrzegłem, że wrota są uchylone. Przez szpary w deskach przeświecał stłumiony blask
lampy. To mnie ostrzegło. Dziewka raczej nie przyniosłaby ze sobą światła. Zatrzymałem się u wejścia, nadstawiłem ucha. Usłyszałem cichy jęk i ciężkie posapywanie,
jakby ktoś wewnątrz wyciskał z siebie siódme poty. Sięgnąłem po miecz. Nim wysunąłem klingę, powstrzymał mnie wnerwiony głos:
– Kurwa, kończ szybciej, też chcę zamoczyć.
– No nie mogę, jak się nie porusza – odparł inny mężczyzna, rozdrażniony i zasapany.
– Było jej tak nie przywalić, aż się dziwa nogami nakryła. Mistrz cię nie pochwali, jak jej co uszkodziłeś.
Tym razem w odpowiedzi rozległo się chrząknięcie i gardłowy jęk spełnienia.
No to wiedziałem już, gdzie podziali się półbracia. Nie dziwiło mnie to, jaki pan, taki kram, jak to mówią.
Tyle że skurwysyny niemyte popsuły mi wieczór i weszły na ambicję. Przez kilka uderzeń serca szarpała mną chęć, by dać im nauczkę. Mógłbym się przed wami wybielić, skłamać, że wtargnąłem do wnętrza, zabiłem skurwieli, a potem obciąłem im fiuty, ratując sarniooką z opresji. Tak postępują junacy w balladach śpiewanych przez bardów po gospodach.
Na pewno znacie ten schemat, oklepany do wyrzygania. Silny, małomówny mężczyzna, brutal, morderca jak trzeba, ale gdy tylko ujrzy kobietę w potrzebie, najlepiej młodą
i ładną, to nagle mięknie mu serce, twardnieje kutas, a jak wiadomo, od tego krew z mózgu odpływa. Wtedy człowiek zaczyna robić głupie rzeczy. Niektórzy z was zbyt dobrze mnie znają, by uwierzyć w taki kit.
Aby pomóc sarniookiej, musiałbym zabić półbraci, a następnie samego gwardzistę. Wierzcie mi na słowo, to nie byłby dobry pomysł. Zabrzmi to okrutnie, lecz najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli dziewka ocknie się ze spódnicą narzuconą na twarz i wilgocią między udami, nie pamiętając, kto ją tak urządził. A nawet jakby pamiętała, niech szybko zapomni winowajców, jako że wedle jurystów klasztornych zgwałcić można tylko dziewicę. Sarniooka, nie uwłaczając jej w niczym, z pewnością dawno już utraciła kwiat
swej niewinności, jak mawiają wierszokleci. Wycofałem się cichaczem spod wrót z poczuciem winy. Cóż, od dawna nauczyłem się z tym żyć

Od Fabryki!: Nowa antologia Andrzeja Pilipiuka - "Szewc z Lichtenrade" - już w lipcu w księgarniach

Już 04.07.2012 premiera  nowej książki Andrzeja Pilipuka  - "Szewc z Lichtenrade"
*od 04.07 w Inmedio i Relay, od 11.07 w pozostałych księgarniach







Autor: Andrzej Pilipiuk
Tytuł: Szewc z Lichtenrade
Premiera: 04.07.2012 tylko w Inmedio i Relay
11.07.2012 we wszystkich księgarniach
Wydanie: I
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 384
Andrzej Pilipiuk kolejny raz rozkłada przed nami wachlarz opowieści z różnych miejsc, czasów i rzeczywistości alternatywnych. Kolejny raz bohaterowie zmierzą się z nienazwanym...

W przededniu I wojny światowej doktor Skórzewski zostaje wplatany w kuriozalną aferę szpiegowsko-ornitologiczną. Antykwariusz Robert Storm otrzymuje dziwaczne zlecenie odnalezienia narzędzi zrabowanych w czasie okupacji przez szewca-nazistę. A archeolog Tomasz Olszakowski użerając się z nieuczciwymi inwestorami, przyjmie pomoc lapońskich szamanów.

W zbiorze nie zabraknie też rozważań, co by było gdyby. Wyobraźcie sobie świat gdzie Hitler i Goering zamiast niewolić narody Europy zmagają się z wysokością czynszu i administratorem przytułku, a dilera morfiny doktora Mengele tropi konkurencja - żydowska mafia.


FRAGMENT
Jesienne popołudnie było ciepłe i świetliste. Drzewa za oknem gubiły liście.
– Klient niedługo będzie, ale może zanim przyjdzie, obejrzymy sobie znaczki – zaproponowałem Marcie. – Wyobraź sobie, upolowałem ostatnio carski z ukraińskim nadrukiem, ale czerwonego koloru.
Westchnęła ciężko.
– Znaczki niewątpliwie są interesujące, ale... Nie mógłbyś być czasem bardziej romantyczny?
– Znaczy poczekamy do wieczora i obejrzymy znaczki przy blasku świec? – Nie zrozumiałem.
Sądząc po jej minie, nie trafiłem. O co jej zatem, u diabła, chodziło? Na szczęście rozległ się dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć.
– Pan Robert Storm? To ja telefonowałem...
Na podeście stał starszy mężczyzna z niewielką walizką w ręce.
– Proszę, niech pan wejdzie – zaprosiłem gościa do wnętrza. – To moja współpracownica, Marta.
– Marcin – przedstawił się.
– Bardzo mi miło.
Weszliśmy do gabinetu. Kiszkowaty pokoik miał dwie dłuższe ściany zastawione regałami pełnymi książek. Pośrodku stało jeszcze biurko z laptopem. Gość przycupnął na wskazanym krześle, a ja ulokowałem się za biurkiem. Wnętrze specjalnie tak urządziłem do przyjmowania interesantów. Otaksowaliśmy się zaciekawionymi spojrzeniami. Przybysz wyglądał mi na rzemieślnika. Mógł wbić się w garnitur, ale nie zdołał ukryć rąk. Spracowanych, z brudem wżartym w spękaną skórę, pokrytych drobnymi bliznami po niezliczonych skaleczeniach.
Szklarz? Stolarz? Szczerze powiedziawszy, wyglądał mi raczej na szewca.
– Mam dla pana zlecenie – powiedział mężczyzna. – Słyszałem, że szukasz pan różnych rzeczy...
– Owszem – przyznałem powściągliwie.
– Podobno też jesteś pan w tym najlepszy...
– Ludzie gadają różne bzdury. – Wzruszyłem ramionami.
– Parę razy miałem trochę szczęścia i poszła fama.
Nie byłem w stanie zliczyć, ile razy po tygodniach badań, ustaleń, rycia w archiwach stawałem na progu wiejskiej chałupy tylko po to, by dowiedzieć się, że obrazy wyszabrowane z dworu zostały dawno sprzedane, książki wyrzucono na makulaturę, meble porąbane na szczapy poszły do pieca, a zabytkową lokomobilę wywieziono na złom...
– A co konkretnie jest panu potrzebne? – zagadnąłem. Chyba za szybko przeszedłem do rzeczy, facet wyraźnie się spłoszył.
– Trzeba odnaleźć narzędzia szewskie mojego pradziadka. Wycinak do dziurek i szydło –wykrztusił wreszcie.
– Rozumiem.
– Bierzesz mnie pan za wariata? – Gość się nastroszył.
– Nie ma w tym zleceniu nic szczególnie niezwykłego. Jest przedmiot i mam go odnaleźć... Widzę tylko jeden problem. Koszta. To mogą być tygodnie poszukiwań, zakończone totalną porażką, a co za tym idzie...
– To pańska praca, zatem rozumiem, że musi zostać opłacona. Znam też w przybliżeniu pańskie stawki.
– Ok. Jesteśmy dogadani.
Przeniósł spojrzenie na Martę. Moja narzeczona rozłożyła bezradnie ręce, jakby tym gestem chciała dać do zrozumienia, że w firmie rządzę ja.
– Wariackie zlecenie... – sumitował się jakby. – To będą najdroższe narzędzia w historii mojego rzemiosła... – Spojrzał spode łba, jakby chciał wybadać, czy nie żartuję.
– Przywykłem. Często szukam rzeczy ważnych, a niepozornych. Wartość pamiątek rodzinnych jest zazwyczaj niewymierna. – Wzruszyłem ramionami. – Swego czasu poświęciłem miesiąc, by pewnemu biznesmenowi odnaleźć i dostarczyć sierp jego pradziadka. Skoro jest pan gotów tyle zapłacić, to znaczy, że są dla pana warte jeszcze więcej. Mogę poprosić o szczegóły?
– Jestem szewcem.
Czyli zgadłem. Miałem na końcu języka, że to żaden powód do wstydu, ale wolałem zachować tę uwagę dla siebie.
– Nie fabrycznym wyrobnikiem, nie jednym z tych niedouczonych partaczy, którzy zajmują się wyłącznie podklejaniem zelówek, ale takim prawdziwym, który nie zapomniał jeszcze, jak się robi porządne buty. – Wypiął dumnie wątłą pierś.
Kiwnąłem głową z aprobatą. Wymierający gatunek fachowców. Marta też się uśmiechnęła.
– Pan tego nie wiesz. Każdy but jest jak odcisk palca – powiedział z natchnioną miną. – Na swój sposób niepowtarzalny, ale...
– Jeśli ma się w ręce but, można zidentyfikować szewca, który go zrobił? – domyśliłem się.
– Z dużym prawdopodobieństwem. Dobrzy rzemieślnicy wypracowywali własne rozwiązania. Przekazywali je potem swoim synom i czeladnikom. Jeden wolał okrągłe kołki, drugi klinowate. Jeden łezkowate dziurki, inny czworokątne. Ściegi, którymi szyli skórę, też są różne. Jeden skórę na podeszwy gotował w wosku, inny w oleju. Jeden woskował dratwę, inny nasączał ją dziegciem. Jest kilkadziesiąt elementów wykończenia, kilkadziesiąt cech. Ich układy są jak kod dna...
– Chce pan powiedzieć, że na styl robienia butów wpływa wiele zmiennych, co nadaje butom indywidualność i niepowtarzalność – podpowiedziała Marta.
– To coś jakby charakter pisma...
– Rozumiem. Chce pan kawy albo herbaty? – zaproponowałem.
Wyglądało, że zanosi się na dłuższą opowieść. Poprosił o kawę. Uruchomiłem ekspres.
– Te dwa buty...
Wyjął z torby parę straszliwie schetanych oficerek i postawił przede mną na biurku.
Milczał, ja też się nie odzywałem. Poczułem, że chce mnie jakoś sprawdzić, nim przejdzie do dalszych szczegółów. Wyjąłem z szuflady lupę. Badałem buciory długo i w skupieniu. W jednym były porządne bukowe prawidła, drugi wypchano zwiniętymi gazetami z przełomu
epok Olka Opoja i Lecha Prawego.
– Jest w zasadzie jedna cecha wspólna... nie... zaraz... trzy – rozważałem na głos. – Dziurki pod dratwę wybito czymś w kształcie gwiazdki. Czyli zapewne wybijakiem, który mam odnaleźć. Dratwa też nie jest normalna, ale pleciona w warkoczyk z trzech cieńszych nitek. I ścieg
też jest taki sam... Inne detale są odmienne. Te buty pochodzą z dwu różnych warsztatów, ale szył je ten sam człowiek?
– Nie – z gardła szewca rozległo się niemal warknięcie.
– Ten pierwszy but wykonał mój pradziadek. A ten drugi łajdak, który go zabił.
– Uczeń zamordował swego mistrza? – zapytała Marta.
– To trudne... – powiedział szewc, krzywiąc się. – Wiesz pan, każdy zawód posiada swoje rytuały, legendy, przesądy nawet. Rzeczy, o których nie rozmawia się z obcymi, których nie wolno zapisać na papierze, ale przekazuje się wyłącznie ustnie i tylko nielicznym wybranym
uczniom lub następcom.
– Tajemnice cechu... – mruknąłem. – Pański przodek wyszkolił człowieka, który go potem zabił, by przejąć technikę wykonania...
– Niezupełnie. Kiedy można się spodziewać pierwszych wyników? – zmienił temat.
– Potrzebuję...
– Trochę więcej szczegółów. Oczywiście. Trudno mi o tym gadać, więc tu ponotowałem, co wiem. Jakby nasunęły się panu jakieś dalsze pytania, na dole jest mój numer telefonu.
Ująłem podany mi plik kartek. Klient dopił duszkiem niemal wrzącą kawę i wstał, zbierając się do odejścia.


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...