poniedziałek, 24 lutego 2014

Bo "Chłopaki nie płaczą". O pierwszej powieści K. Vargi

„Głównie o piciu i spędzaniu czasu…” Napisał Andrzej Stasiuk w komentarzu do tej książki. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednak po lekturze pierwszej powieści Krzysztofa Vargi (bo od czego innego zacząć poznawanie tej literatury), błąkam się po mentalnych bezdrożach. Dziś będzie krótko.

Na pierwszy rzut oka słowa Stasiuka trafiają w sedno sprawy. Właściwie nic innego tu nie znajdziemy, no, może poza krótkimi chwilami refleksji. Co rusz zagłębiamy się w deliryczne głębiny, opary zielska, toniemy w wódce i dusimy się papierosowym smogiem. Pijackie eskapady, przemierzanie Polski wzdłuż i wszerz na bani (kolokwializm), to znów kacu gigancie (kolejny), bezustanna kopulacja lub permanentny jej brak, to clue historii, której bohaterowie zdają się być jak najbardziej autentyczni. Ja znam dwóch, w tym jednego osobiście (raz się było na spotkaniu w bibliotece, a co!).

Jednak gdzieś tam zagrzebany jest głębszy sens, drugie dno. Coś innego niż tylko ukazanie młodych ludzi, którzy zerwali się z łańcucha. Pojawia się myśl zdroworozsądkowa, trzeźwa ocena własnej pozycji społecznej, restrukturyzacja światopoglądu, chłodna analiza tego, co pojawia się na drugi dzień po upojnej nocy. Skrucha, obietnice bez pokrycia, postanowienia noworoczne, wspomnienia niewykorzystanych okazji…
Po latach pijaństwa część z nich musiała (bądź chciała) się ustatkować. Pozakładali rodziny, znaleźli dobrą pracę, zawarli nowe „lepsze” znajomości. Rozłam jaki nastąpił w paczce przyjaciół – niejednorodnej z resztą, acz szanującej odmienności swych części składowych – sprawia, że chcąc nie chcąc niektórzy wykonują coś na kształt rachunku sumienia.

Język jakby się plącze. Nieco zaburzona chronologia, nagłe zwroty (w tym samym zdaniu), brzmią niczym pijacki bełkot. Równocześnie jednak pojawiają się pytania ważne. Nasi harcownicy, królowie życia, zastanawiają się ile przepili, przećpali, jakich dokonali wyborów. Czy były złe czy dobre, czym jest wolność i radość. Czym jest życie. Zapewne nadinterpretuję, ale takie myśli nachodziły mnie w momentach, w których czuć pewną melancholię, gdzie nagłe otępienie umykało pod naporem refleksji. Niemniej, chłopaki przecież nie płaczą (mimo iż to żaden wstyd).

Opublikowana w roku 1996 ukazuje – jak mniemam – pokolenie, tudzież jego margines, opętany swoistą wolnością, rewolucją obyczajowo-gospodarczą. Polskie dzieci kwiaty, punk’owcy, kontestujący rzeczywistość jaką ich obdzielono, wyciskający z niej ile tylko się da.

Świetna rzecz, kultowa w pewnych kręgach (modne słowo). Uniwersalna swoją drogą (też popularne sformułowanie), bo dająca się odnieść do nie tak znów odległej przyszłości, ergo – naszych czasów. I przeszłości też, wszak starczy wspomnieć kilka dzieł opisujących perypetie wszelkiej maści dandysów, fircyków i dekadentów.

Niebanalny humor i ironia, autorski zmysł obserwacji i wrażenie namacalności snutych opowieści, to atuty tej prozy. Stylistyka bełkotu, przykuflowego, przyćmionego procentami gawędziarstwa i opowieści z morałem, nadają jej luźny, niezobowiązujący charakter. A jednak zmusza do myślenia.

ps. czuję, że niebawem znów sięgnę po Vargę. Co polecacie?


Chłopaki nie płączą
Krzysztof Varga
Lampa i Iskra Boża, 1996


Krzysztof Chmielewski







piątek, 21 lutego 2014

ŚBK - zbieramy nie tylko książki... a ja na przekór trochę. O mojej pasji...

Po pięciu dniach milczenia...

Całkiem niedawno miałem przyjemność dołączyć do grona Śląskich Blogerów Książkowych. Tak, istnieje taka grupa na Facebooku i w ‘realu’, która działa i ma się coraz lepiej. Polecam śledzić ich (nasze?) poczytania, bo kto wie, czy nie zrobi się niebawem głośno o kilku postaciach nałogowo czytających książki i opisujących wrażenia z lektury. W kupie siła! Dziś pierwszy mój post „tematyczny”, realizowany w ramach ŚBK.

O redaktorze Literackiej Kanciapy większość z Was wie raczej niewiele. Z jednej strony to dobrze, bo nikim wyjątkowym chyba nie jestem, jednak czas najwyższy, by poinformować o pewnym projekcie i pasji, którą mam zamiar rozwijać w nadchodzących tygodniach. Nie lubię pisać o sobie, więc lektura zajmie wam dosłownie chwilę.

Jestem nie-skrytym miłośnikiem antykwariatów. W trzech pracowałem (w jednym nadal) i gdy jakiś mijam, nie mogę sobie odmówić wejścia i przejrzenia kilku działów. Uwielbiam krakowską klitkę na ulicy Brackiej, ciekawie zakończyła się moja wizyta w Lublinie, gdzie znalazłem kontynuację Ptaśka, jednak na co dzień bywam raczej w „lokalnych”.

Niegdyś istniały dwa sporych rozmiarów antykwariaty mieszczące się na dworcu PKP w Katowicach. Tam udało mi się zdobyć kilkadziesiąt niesamowitych pozycji w cenach, o których większość tylko marzy. O mniejszych lokalach w Katowicach, Chorzowie czy Zabrzu przeczytacie w powstającym mozolnie przewodniku.

Miało nie być o książkach… ale jednak będzie. Od kilku dobrych lat namiętnie przeszukuję działy poetyckie w poszukiwaniu niskonakładowych publikacji. Do tego przymierzam się do kupna archiwalnych numerów „Fenixa”, „Fantastyki” oraz dawno zapomnianych periodyków. Po co? Część do prywatnych zbiorów, zaś poezja i pisma dawne – do specjalnego projektu, który mam zamiar realizować. Mam zamiar ochronić je przed zanikiem. Pokazać światu, stworzyć archiwum tekstów zapomnianych, w którym znajdą się niebanalne teksty.

Obecne nakłady tomów poetyckich oraz to, jak tego typu twórczość funkcjonuje na rynku wydawniczym, są kolejnymi czynnikami motywującymi mnie do działania. Lata zaniedbań i ignorancji, sprawiły, że ta nisza literacka jest mocno marginalizowana. Nie funkcjonuje w głównym nurcie (poza radiem). Pora to zmienić.

I choć wszystko to marność, ta czynność robiona „przy okazji”, to uzbierało mi się już około 30 tomików (w antykwariatach bywam raczej raz na miesiąc), z których dwa znaleźć już można w sieci (w postaci zdjęć). Kolejne pojawią się na przestrzeni lutego i marca, a zbiór będzie sukcesywnie powiększany.

Tyle o mojej pasji, dłubaninie i idealizmie. Jeśli macie pytanie – chętnie na nie odpowiem.


Krzysztof Chmielewski

Kliknik też w ŚBK : )


niedziela, 16 lutego 2014

Wyrwać się z cholonkowatości... relacja dla Portalu Katowickiego

Artykuł ukazał się 14.02.14 r. na łamach serwisu PortalKatowicki.pl.


W ostatnich latach temat Śląska, w właściwie kultury i narodowości śląskiej jest obiektem zainteresowania mediów z całej Polski. Działania pro-autonomiczne, polityczne przepychanki, wzajemne oskarżenia o anty-polskość i przede wszystkim brak porozumienia i chęci do merytorycznej dyskusji przysłaniają jednak to, do czego tak na prawdę dążymy.

Mniejszość narodowa czy etniczna, to tylko formalna nomenklatura. Liczy się przede wszystkim to, co mamy w sercu i głowie. O to chodzi, lub powinno chodzić – według mnie – w dążeniach Ślązaków do prawnego uznania ich swoistej odmienności.

Śląskość to jednak nie disco hanysko (termin podkradłem z artykułu Dariusza Dyrdy Eksplozja godki – „Fabryka Silesia”/2013) Kabaret Rak i Cholonek. To nie tylko plebejska muzyka, rubaszność i literatura „krupnikowa”.

piątek, 14 lutego 2014

Dziedzictwo o które trzeba (za)dbać)

 Dziś wpis wyjątkowo nie poświęcony literaturze... choć czemuś, co można przeczytać. Całkiem niedawno  byłem na spotkaniu promującym raport poświęcony cmentarzom żydowskim na Górnym Śląsku. W ubiegłym tygodniu relacja ukazała się na łamach serwisu PortalKatowicki.pl pod tytułem Dziedzictwo, o które należy zadbać.
Pomyślałem jednak, że warto i na blogu ten tekst opublikować.


Przed drugą wojną światową Żydzi stanowili 10 % mieszkańców Polski. Dziś ich liczba nie przekracza prawdopodobnie kilkudziesięciu tysięcy. Ich kultura wpisała się jednak nie tylko w historię, ale i krajobraz naszego kraju.

 Na temat ocalałych nekropolii żydowskich, znajdujących się w obrębie Górnego Śląska, opracowano niedawno specjalny raport, którego inicjatorem była będzińska Fundacja Brama Cukermana. Pięćdziesięciostronicowy dokument ujrzał światło dzienne w okolicach grudnia. W czwartkowy wieczór miałem okazję uczestniczyć w poświęconym mu spotkaniu w Muzeum Śląskim.

Oprócz nielicznych synagog, domów modlitewnych, ewentualnie tablic pamiątkowych, kirkuty to  właściwie jedyne pozostałości po tamtej kulturze (nie biorę pod uwagi sztuki i literatury). Wiele z nich rozpada się na naszych oczach. Powodów jest wiele, począwszy od teoretycznego braku funduszy, a na ludzkiej ignorancji kończąc. Niemniej należy sobie zdać  sprawę z tego, że to nasze wspólne dziedzictwo, a przecież świat, który nie zna swojej przeszłości, nie ma przyszłości.

środa, 12 lutego 2014

Wycieczka do "Zmorojewa"... razem z Jakubem Żulczykiem

Zmorojewo stanowi collage powieści przygodowej/młodzieżowej i horroru. Są tu momenty przywodzące na myśl cykl o Panu Samochodziku Nienackiego czy też publikacje wydawane w Bibliotece Szarej Linijki, z drugiej zaś strony sceny przeniesione ze świata pierwszorzędnej grozy (przede wszystkim scena z leśniczym).

Sam tytuł już sugeruje, iż na kartach powieści znajdziemy mieszankę, kotłowaninę oscylującą na granicy powagi i groteski. No bo jak inaczej nazwać tę kompilację? Ironia miesza się z powagą, kicz z autentycznością. Niemniej ciekawa to lektura i warta tego, by choćby rzucić okiem.

Główny bohater – Tytus Grójecki – jedzie na wakacje do dziadków. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jego rodzice sami wybierają się do Meksyku, a koledzy też mają się niezgorzej. On zaś będzie gnił na wsi.


Czując nadchodzącą depresję i wszechogarniająca nudę, niemal godząc się z losem, natrafia w sieci na dziwne pogłoski dotyczące miejscowości, w której ma spędzić najbliższe tygodnie. Podobno w pobliskiej, opuszczonej osadzie zaginęło dwóch badaczy zjawisk paranormalnych. W Tytusie, który również fascynuje się ta tematyką, rodzi się nadzieje. Młodzieniec nie spodziewa się jednak, ze to, co spotka na swej drodze dalekie będzie od normalności.

niedziela, 9 lutego 2014

Naucz mnie dziwić się... O debiucie Joanny Łężak słów kilka

Dziś będzie krótko, bom z lektury niezbyt zadowolony. Raz na wozie, raz pod wozem jak to się mówi. Znów zwlekałem z recenzją, ale cóż zrobić, kiedy człowiek waha się pomiędzy uznaniem tekstu za wyczyn grafomański, albo wprost przeciwnie – „rokujący nadzieje”.

Joanna Łężak rzuca czytelnikowi wyzwanie. Zaprasza do lektury, by pokazać, że potrafi pisać. Ze spotkania ze mną, wraca jednak na tarczy. Nie można cały czas stosować taryfy ulgowej tylko dlatego, że ma się w rękach debiut, jednak kilka cieplejszych słów z mojej strony również się pojawi.

Irytująca maniera wszechwiedzącej narratorki, która objaśnia nam niemal każdy swój krok i „sposób” pisania burzy harmonię tekstu. Wtrącenia to oczywiście zamierzone, ale kompletnie niepotrzebne, albo raczej nieumiejętnie wprowadzone. Trąci zarozumialstwem i kpiną z zasad, jakie rządzą literaturą. Nie mam absolutnie nic przeciwko literackim buntownikom, jednak brak tu swoistej płynności, naturalności w postawie ignorantki norm.

Autorka ironizuje, puszcza oczko, od czasu do czasu zabłyśnie trafnością frazy, jednak w większości przypadków forma stanowczo przerasta treść. Daleko jej do intertekstów i polotu Shutego, Sieniewicza czy Witkowskiego, ba nawet Czerwińskiego lub Kuczoka.

sobota, 8 lutego 2014

"Dzieje bigosu w literaturze". Po spotkaniu w Muzeum Górnośląskim - relacja dla serwisu Portal Katowicki.pl

Artykuł ukazał się wcześniej na łamach serwisu PortalKatowicki.pl

Jako miłośnik literatury, nieszablonowych wydarzeń kulturalnych i polskiej kuchni, nie mogłem nie zwrócić uwagi na to, co dzieje się obecnie w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu.

Trwa właśnie wystawa: "Przy kuchennym stole – wnętrza i smaki kuchni śląskiej”, a w ramach nowego cyklu: "Literatura w kuchni. Kuchnia w literaturze", zorganizowano już drugie specjalne spotkanie poświęcone zarówno kulinariom, jak i słowu pisanemu. Na pierwszym, styczniowym, dedykowanym chlebowi nie udało mi się stawić. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na to, by ominęło mnie drugie spotkanie, zwłaszcza, że jego tytuł to: „Dzieje bigosu w literaturze”. Kto raz poznał smak tej potrawy, nigdy nie przepuści takiej okazji.

Można się śmiać, mówić o niepotrzebnym mieszaniu kultury wysokiej z niską i zastanawiać nad „powagą” takiego spotkania, jednak obecność kilkudziesięciu osób świadczy o tym, że Muzeum trafiło w dziesiątkę.

czwartek, 6 lutego 2014

O czym mówi nam Kapłan diabła? O tekstach rozproszonych R. Dawkinsa

Dzisiejsza recenzja będzie stąpaniem po cienkim lodzie. Nie do końca bowiem jestem przekonany, że zrozumiałem książkę, jaka wpadła w moje ręce. Polemika – nawet drobna – z kimś pokroju autora Boga urojonego wydaje się być czymś nierealnym. A jednak, nie ze wszystkim co napisał jestem w stanie się zgodzić.

Kontrowersyjny, stanowczy, a równocześnie ostrożny w ferowaniu wyroków czy przypuszczeń naukowiec tłumaczy nam – jako tako – pewne zasady rządzące naszym światem.

Po lekturze Kapłana diabła… najnowszej książki Richandra Dawkinsa (na polskim rynku), zastanawiam się nad tym, co na prawdę wiemy o świecie. I co sprawia, że jesteśmy w stanie w nim żyć.

Logiczne wywody, trafne argumenty, a drugiej strony niedopowiedzenia. Autor puszcza do nas oko, zachęca do polemiki. Świetny orator, człowiek, który zdaje się doskonale wiedzieć o czym mówi (lub pisze), a jednak gdzieś tam pod warstwą mądrych słów czai się niepewność. Czy aby na pewno należy mu ufać?

Porusza, w pewnym sensie, tematy fundamentalne. Równocześnie wyważa otwarte drzwi (jeśli ktoś miał już podobne poglądy lub wiedzę), jak i porządkuje, harmonizuje powszechnie znane (teoretycznie) twierdzenia.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Kim jest "Zaprzysiężona dziewica"? Pierwsze zetknięcie z literaturą albańską...

Książka dorwana na targach Książki w Krakowie, na stoisku wydawnictwa DodoEditor. Przeleżała na półce aż do stycznia… Jak to zwykle bywa, gdy długo zwlekam z lekturą, powieść okazuje się nad wyraz interesująca. Zapraszam do zapoznania się z recenzją.

Zaprzysiężona dziewica doskonale nie-wpisywałaby się w ogólnopolską „dyskusję” na temat gender. Choć dotyka kwestii świadomości i seksualności, nie jest tym, o czym mówi się mediach. To o wiele delikatniejsza kwestia. Niemniej publikacja ta mogłaby stanowić wdzięczny obiekt zainteresowania w środowisku naukowym. Porusza bowiem niezwykle interesujące zagadnienia dotyczące społeczno-kulturowej funkcji płci i tradycji ludowej.

Mówiąc w ogromnym skrócie, zaprzysiężone dziewice są kobietami, które postanowiły zmienić się w mężczyznę. Nie mam na myśli operacji zmiany płci, nie. Raczej zmianę sposobu postępowania oraz zmianę statusu społecznego. To kobiety, które sprzeciwiły się woli męskich przedstawicieli rodu. Najczęściej odmówiły poślubienia wybranego przez nich człowieka lub musiały bronić honoru rodziny, która z jakiegoś powodu została pozbawiona mężczyzn. Z obu tych przyczyn, na straceńczy los decyduje się Hana Doda. Młoda, urodziwa poetycka dusza, której marzeniem były studia na uniwersytecie i wyrwanie się z rodzinnej wsi w zapomnianych przez Boga i ludzi górach. Stała się Markiem. Na jakiś czas…

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...