niedziela, 27 kwietnia 2014

Wspomnienie katowickiego dworca... "Ciemność płonie" Jakuba Ć

Wiele dobrego słyszałem o tej powieści. Kilku znajomych – miłośników prozy Ćwieka – namawiało mnie to lektury… A ja czuję się nieco rozczarowany. Nie jest to pierwsza książka tego autora, z jaką się zetknąłem. Zachwycił mnie Ćwiek zbiorem opowiadań Gotuj z Papieżem, w którym znalazło się kilka opowiadań-perełek. W roku ubiegłym (albo dwa lata temu… ciężko spamiętać) w moje ręce trafił Dreszcz, który okazał się pozycją mocno przeciętną.

Podobnie jest z wydaną w roku 2008 powieścią Ciemność płonie. Choć sam pomysł umiejscowienia akcji na katowickim dworcu kolejowym okazał się strzałem w dziesiątkę, to całość nie do końca mnie usatysfakcjonowała. Opisy przestrzeni są bardzo dokładne i za nie kłaniam się autorowi zamiatając czapką parkiet. Kilka miesięcy pracowałem w tym – nieistniejącym już – gmachu (w antykwariacie) i dokładnie w taki sam sposób zapamiętałem dworzec z jego licznymi zakamarkami. Sam też poznałem na nim kilku bezdomnych. Ćwiekowi udało się oddać atmosferę tego miejsca, pewną autonomię, jaką się rządziło. I umieścił Katowice na literackiej mapie Polski, co raczej nie zdarza się zbyt często.

środa, 23 kwietnia 2014

Polska arystokracja w Kanadzie... o książce Beaty Gołembiowskiej

To pozycja, od której można zacząć prywatne (jak i naukowe) badania nad obecnością polskiej szlachty w krajach Ameryki Północnej. Ja sam byłem zaskoczony tak liczną jej reprezentacją, myślałem bowiem, że większość schroniła się w Europie… Rzeczywistość okazała się nieco inna.

Sprawnie napisana, bogata w unikatowe treści, okraszona niebanalnymi wywiadami oraz materiałami graficznymi, może być nie tylko źródłem wiedzy, ale i ozdobą kolekcji. Jednak spory format, twarda, solidnie wykonana oprawa i kredowy papier niesie za sobą również konkretną cenę. Ale nie o walorach estetycznym miałem pisać, choć te są wysokich lotów…

Do tej pory – przyznam się bez bicia – moje zainteresowania historyczne ograniczały się do historii ogólnej naszego kraju, dziejów miejscowości, w których mieszkałem i krótkich epizodów związanych z konkretnymi rodami śląskimi: rodziną Donnersmarcków czy von Pless. Gdy jednak dostałem propozycję zapoznania się z książką Beaty Gołembiowskiej uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zgłębić dzieje moich rodaków za wielką wodą.

piątek, 18 kwietnia 2014

Multirzeczywistość wg Edelmana...

Nie pamiętam ile czasu i stron upłynęło, od kiedy sięgnąłem po pierwszą cześć trylogii Edelmana. Infoszok był ciekawostką (oczywiście niczym rewolucyjnym) na polskim rynku, pozycją, która spotkała się z ciepłym, choć skromnym przyjęciem. Całkiem niedawno ukazała się kontynuacja, opatrzona tytułem Multirzeczywistość.

Sytuacja, w jakiej znalazł się feudokorp Suriny i Natcha nie uległa poprawie… Rośnie zagrożenie ze strony rządu, dla którego multirzeczywistość jest łakomym kąskiem. Daje bowiem nieograniczone (tak mówią) możliwości w kreowaniu rzeczywistości. Kto nie chciałby mieć w rękach broni ostatecznej, dającej niemal boskie możliwości? Na dodatek, ich działania są pod stałą obserwacją publików, a reakcje społeczeństwa stają się coraz bardziej gwałtowne. Szaleją infoszoki, na granicach robi się bardzo niespokojnie…

Edelman, choć fabuła jego powieści kieruje się w rejony niedostępne (jeszcze!) naszej nauce, nie pozostaje w oderwaniu od rzeczywistości. Historia, jaką opracował, fabuła, którą możemy śledzić, nie jest fikcją absolutną. Niegdysiejsze wizje autorów science fiction już się spełniły, a to co dostaliśmy w Infoszoku czy Multirzeczywistości stanowi jakby samospełniającą się przepowiednię.

środa, 16 kwietnia 2014

O nieprzystawalności słowa i rzeczy... Maciej Melecki u Michała Jagiełły (dla PortalKatowicki.pl)

Szczerym uśmiechem zareagował Maciej Melecki, gdy gospodarz Salonu Literackiego nazwał go „młodym”. Choć poeta urodził się w roku 1969 i nastolatkiem nie jest, dla Michała Jagiełły (rocznik 41) może być z lekka wyrośniętym pacholęciem.

Dość jednak żartów… Od dłuższego czasu w Benedyktynce zasiadali historycy i publicyści. Rzecz jasna, byli to ludzie nie stroniący od pozanaukowej twórczości literackiej, ale znajdujący się jakby po nieco innej stronie barykady. W środę gościliśmy poetę.

Twórczość Mieleckiego wydaje się być trudna w odbiorze. Co ciekawe, Melecki nie uważa siebie samego za twórcę hermetycznego. Ja sam mam momentami problem z jej odbiorem, często nie zdając sobie sprawy z historii powstania poszczególnych jego tekstów.

środa, 9 kwietnia 2014

Poezja jak "płatek śniegu". O udanym debiucie Anety Kowalkowskiej

Krótko, jak zawsze o poezji. Zwłaszcza tej mającej tendencję do minimalizmu.

Śnieg jest tym co zimne. Jednak jego płatek, sam, pojedynczy, albo w niewielkiej grupie może mieć działanie kojące. Chłodny dotyk na twarzy tłumi złość, uspokaja, studzi charakter. Rzuca w niepamięć to, co wzburzyło w nas krew.

Spływający na nas spokój jest jak „ręka matki na rozpalonym czole”, jak głęboki oddech, zaciągnięcie się papierosem… Jego nadmiar czasem usypia, to znów wprawia z miłe odrętwienie, stan pewnego upojenia. Czasem do przesady. Momentami też zmusza do refleksji, jak to zwykle bywa, gdy miną chwile gorączkowych działań.

Już od kilku tomików czekałem na takie teksty. Na w pełni przemyślane (w większości), wyważone oraz traktujące o tym, co i mnie jest bliskie.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Kabaret literacki z Katowic... (relacja dla PortalKatowicki.pl)

Rynek kabaretowy w naszym kraju zdominowany jest przez kilka składów pokazywanych przez telewizję. Od kilku dobrych lat triumfy święci mniej więcej dziesięć grup, reszta zaś – nawet jeśli znana i ceniona w środowisku – wciąż usiłuje zaistnieć dla szerszej publiczności.

Co więcej, spora grupa kabareciarzy sięga po coraz mocniejsze środki wyrazu. Coraz częściej śmieszą ludzi przaśne dowcipy, wulgaryzmy i zwykłe głupoty. Owszem, to zabawne, ale kabaretowi od lat brakuje pewnej finezji, delikatności, taktu. Odchodzi od tradycji, z której powinien czerpać, a na którą bardzo często się powołuje. Na wielkich scenach i ekranach telewizorów brakuje Kabaretu Starszych Panów, Olgi Lipińskiej, Zielonej Gęsi, tekstów Tuwima, a nawet Laskowika. Odeszli do lamusa, razem z kawiarnianym klimatem, którego mgiełka staje się coraz rzadsza.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Po drugiej stronie cienia... z Piotrem Senderem


Piotr Sender
Po drugiej stronie cienia
Uroboros, 2014
Stron: 329

Tym razem przeniesiemy się do… Olsztyna, który – jak się okazuje – ma osobliwie mroczną naturę. Ostatnimi czasy dość często bywam w tym mieście. Dopiero, co czytałam powieść autorstwa Filipa Onichimowskiego (Człowiek z Palermo), która też traktowała o wydarzeniach, jakie rozgrywają się w stolicy Warmii i Mazur. Cieszy mnie fakt, że i Sender wprowadza to miasto na karty literatury. Decentralizacja postępuje!

Pomysł, na jaki wpadł autor, jest jak najbardziej godny uwagi. Ukazanie przestrzeni miejskiej, jako dwóch pozornie niezależnych od siebie sfer, dwóch wymiarów, które co jakiś czas na siebie nachodzą (i – rzecz jasna – nie prowadzi to do niczego dobrego), nie jest nowa, ale na gruncie polskim, zdaje się, jeszcze nie trąci myszką. Niestety realizacja autorskich założeń, nie robi już takiego wrażenia.

Powieść przypomina klimatem znaną serię gier (i filmowych adaptacji) – Silent Hill. Momentami także Ciemność płonie Jakuba Ćwieka (które właśnie czytam) i coś… jeszcze coś, co mam na końcu języka…

A propos języka, on właśnie stanowi największy mankament powieści. Nie wiem czy to kwestia redakcji, która nie wyłapała kilkunastu (co najmniej) zgrzytów stylistycznych czy też zwyczajnie nie miała zamiaru się wtrącać, niemniej autor popełnił kilkanaście fraz, które przyprawiły mnie o gęsią skórkę. Mnie, bo Was nie muszą.

Zdaję sobie sprawę, że autor ma już dwie inne książki na koncie, a także garść opowiadań, niemniej owa nieporadność w operowaniu polszczyzną – głównie trafnością, adekwatnością pewnych określeń – budzi pewien niepokój. Udało mi się rzucić okiem na kilkanaście recenzji i liczne opinie zamieszczane w portalach internetowych (jak Lubimy Czytać) i widzę, że niektórzy czytelnicy mają podobne odczucia.

Sama fabuła wydaje się być nierówna. Brakuje jej nie tyle świeżości (której od pewnego czasu ze świecą szukać w tej stronie literackiego świata), co autentyczności, pełnego zaangażowania ze strony tak autora, jak i czytelnika. Sender mimo wszystko, nie potrafił przykuć mojej uwagi na tyle, bym po kilku dniach od zakończenia lektury, był w stanie spamiętać inne rzeczy niż potknięcia.

Zbyt dużo tu także – mimo iż to jeden z głównych wątków – scen traktujących o związku głównego bohatera z zaginioną Magdaleną. Chwilami mroczna (jak zakładam) opowieść zdaje się zmieniać w ckliwą opowiastkę o złamanych obietnicach, niegdysiejszych ideałach i cukierkowym życiu. Po co? Nie mam pojęcia, niemniej te fragmenty poważnie zaburzały lekturę.

Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy Po drugiej stronie cienia Piotra Sendera jest pozycją, którą warto mieć na półce. Podchodzę do niej podejść raczej bezrefleksyjnie, jak do średniej klasy czytadła, które nie zostawia w pamięci trwałych śladów. Pozostał pewien niedosyt, poczucie niewykorzystanej szansy.

Czytacie na własne ryzyko.



* Dziękuję wydawcy za egzemplarz do recenzji

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...