wtorek, 27 stycznia 2015

Książki z lamusa #2 - Sposób na Alcybiadesa (E. Niziurski)


Wstyd się przyznać, ale dopiero niedawno sięgnąłem po książkę Edmunda Niziurskiego. Tylekroć mijałem to nazwisko buszując pomiędzy bibliotecznymi półkami, tak wiele razy powtarzałem sobie, że w końcu wypożyczę cokolwiek, co wyszło spod jego pióra… Na takim okłamywaniu siebie samego upłynęło mi chyba z 10 lat. Jak nie więcej. Ale się udało, a dziś Niziurski gości w Literackiej Kanciapie, w drugiej recenzji z cyklu „Książki z lamusa”.

Sposób na Alcybiadesa… o tej powieści chciałbym Wam opowiedzieć. Książka czytana przez pokolenia, ba, nawet lektura szkolna, choć raczej rzadko zadawana i mało pociągająca dla większości współczesnej młodzieży. Nie ma w niech wszak wampirów, ani urodziwych wiedźm… Są za to ludzie, tak podobnie do współczesnych, choć dzieli ich okres dwóch pokoleń.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Wojciech Kuczok na Grubie (Sztuki). Po spotkaniu z autorem (relacja dla Portalu Katowickiego)



Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie Gnój. Kupiłem tę książkę w jakimś antykwariacie, chyba na pierwszym roku studiów, nęcony głośnym nazwiskiem. Do dziś przeczytałem praktycznie wszystko, co wyszło spod pióra autora tej anty-biografii...

Po rewelacyjnym tomiku Opowieści samowite z 1996 (jedyny znany mi egzemplarz można dostać – do ręki! – w Bibliotece Śląskiej) wydanym jeszcze za czasów grupy Na Dziko, a także tomikach prozatorskich Opowieści słychane i Szkieleciarki(gdzie teraz jest "tamto" wydawnictwo Zielona Sowa?) i arcyudanym Gnoju stał się autorem szeroko rozpoznawalnym. Cenionym za doskonałą, niebanalną frazę, mimetyzm językowy (gwary, żargon) i umiejętność uchwycenia "tego nieuchwytnego" w obrazowaniu rzeczywistości.
Artysta płodny, utalentowany, choć niestety każda kolejna publikacja – nie licząc Spisków – wydana po 2003 roku, nie była już tak doskonała. W dorobku ma zarówno pełnoprawne dzieła literackie z krwi i kości, jak i "wpadki". Czy to wypalenie, czy nadmiar obowiązków, brak czasu (wiadomo, umowy wydawnicze itd.) – nie wiadomo. Niemniej ciekawy to prozaik, permanentnie utrzymujący swą twórczość na stałym poziomie "jakości" (certyfikowanej sygnaturami odpowiednich wydawców), choć zdawać by się mogło, że - podobnie jak Tkaczyszyn-Dycki - pisze właściwie non-stop jedną i tę samą historię. Nawet Poza światłem, choć tak dobrze rokowało, jednym zdaniem usytuowanym gdzieś pod koniec sprawiło, że nadzieja na przełom prysła jak bańka mydlana. Ostatnia książka, jaka zagościła na naszym rynku, Obscenariusz, okazała się "z lekka" klapą, nie obfitując w niemal żadne treści warte uwagi. A jednak autor broni nie składa, czego dowiódł na spotkaniu, które odbyło się w sobotę, 24 stycznia, w chorzowskiej Sztygarze (w ramach Festiwalu Gruba sztuki).

wtorek, 20 stycznia 2015

"Gdzie ON jest w tej historii?" O autobiografii Emira K.


Autobiografie raczej nigdy nie były mi w smak. No bo jak to tak… pisać o sobie. Kilka tekstów, jakie rozliczni „autorzy” popełniali za swojego – nie zawsze ciekawego – życia, przyprawiało o ból głowy. Termin autobiografia, szczególnie w odniesieniu do znanych postaci, nabrał już dla mnie lekko pejoratywnego wyrazu. Jako oznaka pychy i małostkowości.

Ale…

Jako, że każdy medal ma dwie strony, czasem los prowadzi mnie ścieżkami na których natrafiam na teksty godne uwagi, teksty nietuzinkowe, które łamią pewne ustalenia, przesuwają granicę tabu, rozwiewają stereotypy. Takim też była autobiografia Emira Kusturicy.

Tak jak dobrym jest reżyserem, a jaki jest każdy widzi, tak też dobrym zdaje się być autorem. Zdolny do ukazania złożoności i wyjątkowości świata za pomocą celuloidowej taśmy potrafił również przenieść myśl swą na papier. I to całkiem zgrabnie.

Opowiada nam pozornie mało znaczące historie, które jednak łączą się w całość o złożonej, wielopoziomowej strukturze. Te smaczki, wspomnienia z lat dziecinnych, zapewne lekko odkształcone przez pamięć oraz autorski zamysł, ukazują nam nie tylko obraz tamtej, bałkańskiej rzeczywistości, ale i rozwój mentalności młodego człowieka, który na drodze życia dostrzega coś, co będzie mu towarzyszyć do końca wędrówki.


(Podobnie było z Vasilem Ernu, który rozpisywał się o powojennej Rumunii w Urodzonym w ZSRR)

piątek, 9 stycznia 2015

Pierwsze czytanie Hrabala... refleksje, utyskiwania i rozterki


Po długim – kolejnym – milczeniu, pan redaktor wraca do pisania. Powoli, ale wraca. Pewnie za miesiąc znów zamilknę i wrócę… i tak w koło Macieju… nigdy nie będę sławnym blogerem.


Jakiś czas temu, gdy przechodziłem ulicą S w mieście K, zajrzałem do zaprzyjaźnionego antykwariatu. Moją uwagę szybko przykuła niepozorna książeczka z rysunkiem, jak się okazało Bohdana Butenki, na okładce… Pochwyciłem ją, bowiem w duchu już od dawna zbierałem się do tego, by zabrać się za autora, którego nazwisko zdobiło okładkę tuż nad wspomnianym obrazkiem. Przyszedł więc czas na pierwsze słowno-myślowe potyczki z Bohumilem Hrabalem. I pierwsze, od dłuższego czasu, zetknięcie z literaturą czeską (po Gówno się pali Sabacha , który ponoć na Hrabalu się wzorował).

Jestem (prawie) świeżo po lekturze Postrzyżyn i… Wydaje mi się, że jeszcze nie do końca wiem, co chcę napisać. Miotam się pomiędzy zachwytem, a niezrozumieniem/zawodem. Spodziewałem się, że wielkie namiętności targać będą mą duszę już podczas lektury, tymczasem, gdy wzrok mój spoczął na ostatniej stronie-zdaniu-słowie-kropce, w głowie miałem pustkę. Dopiero teraz kilka myśli kołacze mi się w pustej łepetynie, więc spróbuję złożyć je w spójną, zrozumiałą całość. Wyjdzie, jak zawsze, niezdarnie.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...