czwartek, 26 lutego 2015

Bo ważny jest dystans... "Sztuka godnego umierania" Piotra Kniecickiego

Grafikę zwędziłem Sardegnie
Jestem pod ogromnym wrażeniem faktu, że osoba dotknięta tak poważną przypadłością znalazła w sobie tyle siły i uporu, by pisać i tworzyć. Widać artystyczna dusza nie potrzebuje wiele

Tytuł, doskonałe, lekko ironiczne, a zarazem uzasadnione nawiązanie do "ars bene moriendi", sztuki dobrego umierania. Bo jakże ma umrzeć artysta, nie pozostawiwszy po sobie czegoś? Kniecicki znany jest przede wszystkim jako autor rysunków, satyryk. Jego prace prezentowane były/są w galeriach i zdobią zbiory prywatne. Okazało się jednak, że i przelewanie słowa na papier, w nieco obszerniejszej formie, też "idzie" mu całkiem nieźle. 

Choć publikacja ta może dla wielu nosić znamiona grafomanii – przez fakt wydania tego w nikomu nieznanej oficynie czy też brak profesjonalnej korekty/redakcji - to jednak więcej ma do zaoferowania niż niejedna książka ze świecznika. Lub chociaż opłaconej półki w księgarni.


niedziela, 22 lutego 2015

Zapowiedzi recenzenckie i bonus


Drodzy Czytelnicy, 

ostatnimi czasy recenzje (i treści wszelakie) pojawiają się na łamach Kanciapy nieregularnie. Niestety, życie zawodowe skutecznie ogranicza twórczość na tyle oryginalną, bym uznał, że warto ją tu publikować. Niemniej kilka tekstów jest w przygotowaniu.

W najbliższych dniach ukaże się recenzja Sztuki godnego umierania Piotra Kniecickiego, interesująca, acz nie pozbawiona mankamentów pozycja traktująca o ciężkiej chorobie, jaka dotknęła autora. W kolejce czekają już: Cysorz Michała Smolorza oraz Czarny ogród Małgorzaty Szejnert, które wzbogacą nowy cykl "Silesia Incognita". 

Jeszcze w lutym - Cierpliwy snajper, autorstwa pewnego hiszpańskiego pisarza oraz... no, zobaczymy co się uda.

Bonus:

Blog Literacka Kanciapa właśnie dołączył do serwisu zBlogowani.pl.
Wpisy jeszcze się tam nie pojawiają, a sam serwis w dalszym ciągu poznaję, jednak - jeśli komuś przyjdzie to do głowy - można już subskrybować, lubić, polecać i ogólnie siać ferment.

Pozdrawiam i... do przeczytania.

K.

czwartek, 19 lutego 2015

Misjonarze z Dywanowa - polski Szwejk na misji w Iraku

Self-publishing traktuję zazwyczaj z góry. W czasach gdy „książkę” (w formie fizycznej, bo z literaturą ma to niewiele wspólnego) może sobie wydać każdy, natłok wszelkiej maści publikacji wymusza ostrożność i powątpiewanie. A jednak w zalewie grafomańskich wypocin można natrafić treści ciekawe, ożywcze, przywracające wiarę w tych autorów, którzy działają na własną rękę. Misjonarze z Dywanowa pióra Władysława Zdanowicza są właśnie taką pozycją.

Przyznam szczerze, iż nie spodziewałem się, że napiszę o tej książce tak pochlebną recenzję, ale stało się. Za chwilę przeczytacie słowa... uznania. Zmieniłem zdanie o całe 180 stopni (no, może 179) już po pierwszych kilkunastu stronach. Uśmiech politowania, zmienił się na śmiech radosny i beztroski.

Po kolei...


poniedziałek, 9 lutego 2015

Silesia Incognita 1#: Po ślonsku niy jest gańba - "Dante i inksi"

recenzja dante i inksi
Dante i inksi - fot. Literacka Kanciapa
Od dłuższego czasu, od chwili gdy na łamach Kanciapy pojawił się tekst o Nagrobku Ciotki Cili Stefana Szymutki, chodził mi po głowie cykl artykułów prezentujących pozycje traktujące o Śląsku, śląskości, o kulturze mojego regionu.

Oczywiście bez politycznej agitacji, dążeń separatystycznych, co to, to nie, daleko mi do nich. Ale myślę sobie, że część z Was, Drodzy Czytelnicy, nie mieszka w Katowicach, ani nawet Rybniku czy Lublińcu i chętnie przeczyta o tym, co do tej pory wydawało się nieznane. Rusza więc cykl "Silesia Incognita", który, mam nadzieję, pozwoli zarówno mi, jak i Wam, poznać nieco bliżej region i historię Górnego Śląska. A właśnie, nie napisałem najlepszego. W styczniu tego roku napisano do mnie z wydawnictwa Silesia Progress, z zapytaniem, czy nie chciałbym się zająć literaturą śląską... Czyż mógłbym sobie wymarzyć lepszy "start"?

Pierwszy tekst miał się ukazać już w okolicy grudnia. Planowałem pisać o Czarnym ogrodzie Małgorzaty Szejnert, jednak o Nikiszowcu i Giszowcu wielu już słyszało, a lektura sama w sobie jest czasochłonna. Istna cegła. Dlatego też pozwolę sobie zaprezentować inną pozycję.

O Śląsku i po ślonsku pisał też już kiedyś Dominik Otkowicz (piórem Stefana S.). Pisze tak również Zbigniew Kadłubek, którego Listami z Rzymu i tłumaczeniem Promytojsa… zajmę się prawdopodobnie w okolicy marca/kwietnia. Jednak na pierwszy ogień „pójdzie” publikacja niebanalna, równie ciekawa jak wyżej wspomniane tłumaczenie.

Dante i inksi, to pozycja nietuzinkowa, projekt nieco karkołomny, ale w okresie „odrodzenia” ślonskiej godki, bo chyba możemy jak powiedzieć, całkiem zrozumiały i ze wszech miar godzien pochwały. Chylę więc czoła, z fascynacją, po raz kolejny wertując strony.

To wybór tekstów, subiektywny rzecz jasna, autorski, którego dokonał chorzowianin Mirosław Syniawa (współautor m.in. Górnoślonskiego ślabikorza). Zebrał w jednym miejscy poezję światową, twórców powszechnie znanych, jak William Blake, Horacy czy Dante, ale i tych , których twórczość wydaje się być nieznana (dla przeciętnego zjadacza chleba takiego jak ja): Li Bai, Da Fu, Giacomo Zanella…

Dante i inksi. Blurb - fot. Literacka Kanciapa
Dante i inksi. Tył - fot. Literacka Kanciapa
Tłumacząc je na ślonską godkę, uczynił kolejny krok na przód, w kierunku rozwoju języka śląskiego. Ukazał jego bogactwo, plastyczność i głębię. Ten pozornie prosty język, kojarzący się raczej z tzw. kulturą krupniokową (muzyką biesiadną czy wątpliwej jakości serialem „Święta wojna”) lub, co gorsza, z ukryta opcją niemiecką, stał się kanałem tranzytowym dla treści wielkiej wagi. I nie chodzi rzecz jasna o translację tekstów filozoficznych – bo nie wszystkie takie są – ale treści powszechnie uznanych za dziedzictwo kultury światowej.

Bo skoro mogły się one ukazał w języku angielskim, niemieckim czy polskim, to czyż nie mogą pojawiać się w ślonskiej wersji językowej? Choć nie potrafię posługiwać się godką swobodnie i wielokrotnie warstwa językowa stanowiła dla mnie swoistą barierę, udało się Syniawie ująć „to coś” niedostrzegalne, co fascynuje i ciągnie niczym magnes. To się czuje, nawet nie rozumiejąc wszystkiego od razu. Sprawdziłem to na Pieśni o psie Jesienina… po ślonsku jest tak samo mocna i dławiąca jak w tłumaczeniu polskim. Podobnie rzecz ma się z tekstami Li Bai i Da Fu, choć te były dla mnie nowością, ziemią nieznaną.


„Tłumaczenia mogom nom pokozać, że i my mogymy godać o tym wszyjskim co dlo nos ważne, o naszym bólu, starościach, strachu, o naszych nadziejach, miłości i śnikach.
Ku tymu niy jyno godać, ale i godać piyknie”.

Słowami tłumacza, kończę więc... i wracam do lektury.

Dante i inksi. Poezyjo w tłumaczyniu Mirosława Syniawy.
Tłum. Mirosław Syniawa
Silesia Progress, 2014
Stron: 170



poniedziałek, 2 lutego 2015

W okopach Wielkiej Wojny: "Stalowe Szczury: Błoto" M. Gołkowski

Historia alternatywna, nieco podobna do tego, co jakiś czas temu zaserwowała nam Fabryka Słów pod postacią Demonów Leningradu Adama Przechrzty (swoją drogą, rewelacyjnych). Lubię takie klimaty, a gdy autor sprawnie operuje językiem i kształtną projektuje fabułę, to już wyjątkowo.

Zapowiadało się bardzo ciekawie. Z resztą, o Gołkowskim słyszałem i czytałem już całkiem sporo, a to za sprawą mocno promowanego przez Fabrykę cyklu S.T.A.L.K.E.R. Ten czeka na swoją kolej (za dużo książek na świecie, by czytać tylko fantastykę), choć pewnie (nie)prędko pojawi się na łamach Kanciapy. Co najmniej kilka tekstów jest na warsztacie, a kolejnych kilkadziesiąt czeka na przeczytanie…

Błoto, część pierwsza cyklu Stalowe szczury. Co byście powiedzieli, gdyby I wojna światowa nie zakończyła się rozejmami w Compiègne czy Lozannie? Gdyby toczyła się nie przez cztery, a osiem lub więcej lat, pochłaniając kolejne istnienia ludzkie, zbierając krwawe żniwo z pomocą coraz bardziej wymyślnych sposobów masowej eksterminacji?

Walki m.in. na linii Zygfryda, toczone w klaustrofobicznych okopach (to jeszcze czasy tzw. wojny pozycyjnej), ścielący się gaz, grad szrapneli i wszelkiej maści śmiercionośnych przedmiotów. Czołgi przetaczające się nad głowami szeregowców, miotacze ognia zmieniające bunkry w piece, a ludzi w żywe pochodnie, nieustanne bombardowania, nieustanny strach i walka o życie.

Gołkowski roztacza przed nami panoramę zniszczenia. Daje wyraz swoim fascynacjom, a równocześnie popuszcza wodze fantazji kreśląc opisy broni, machin wojennych, prototypów, które jednak(?) weszły w stan realizacji (Kugelpanzer). Osobliwe pojazdy, nowoczesne, jak na owe czasy, technologie sieją grozę nie tylko wśród bohaterów dalszych planów, ale w czytelniku.

Autor w sposób realistyczny, naturalny i empatyczny opisuje to, co dzieje się z psychiką żołnierza. Choć w przeważającej mierze otrzymujemy z jego ręki „powieść akcji”, poszczególne postaci nie są zaniedbywane W tym uniwersum zniszczenia, beznadziejności, jedynym celem staje się przeżycie lub… wykonanie zadania. To nie lada dylemat.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...