niedziela, 30 listopada 2014

Stan posiadania... Krystyna Rodowska u Michała Jagiełły (dla PortalKatowicki.pl)


Tekst 
ukazał się wcześniej 

Jak w każdą trzecią środę miesiąca, tak i tym razem odbyło się spotkanie Salonu Literackiego Michała Jagiełły. Na chwilę obecną parytety są zachowane i gościem, a właściwie „gościówą”, jak to ujął gospodarz wieczoru, była poetka Krystyna Rodowska…poetka i tłumaczka, choć wcale nie miała pisać.

Pochodzi z inteligenckiej rodziny repatriantów z Rzeszowa. Dodać by należało, że z rodziny bardzo muzykalnej. Ojciec przyszłej autorki, mimo iż z zawodu był lekarzem, grał na skrzypcach, matka zaś – na fortepianie. Sama Krystyna Rodowska także uczyła się grać na fortepianie, a od 12-tego roku życia kształciła się także jako śpiewaczka. Po zdanej maturze – jak sama wspomniała – nie do końca wiedziała, czym chce się zajmować. Ciągnęło ją zarówno do muzyki jak i teatru, który zaintrygował ją od chwili, gdy pierwszy raz wybrała się na spektakl (była to Balladyna, a odtwórczynią głównej roli była matka… Wojciecha Kilara).

Trochę na przekór sobie i innym, w pewnym momencie zgłasza się do konkursu wokalnego w Warszawie. Samodzielnie przygotowuje repertuar (włącznie z akompaniamentem) i… zostaje laureatką 3-go miejsca. Sukces, który i ją zaskoczył, zaowocował propozycją podjęcia nauki pod okiem samej Ady Sari. Niestety, obdarzona sopranem lirycznym (dziś – jak sama twierdzi – posługuje się zachrypniętym altem) młoda artystka nie daje rady sprostać koloraturom i zbyt wymagającemu szkoleniu, co mocno nadwątla sprawność jej strun głosowych. Kto wie, czy miast luźnej konwersacji w Benedyktynce, nie dawałaby właśnie koncertu w Operze Śląskiej (zakładając wizytę na Śląsku)?




Niedługo później podejmuje studia na wydziale romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego studiując filologię francuską i hiszpańską. W trakcie studiów przez dwa lata pracuje jako tłumaczka (z języka polskiego na hiszpański!) w ambasadzie w Meksyku, co okazuje się doskonałą szkołą życia i okresem „szlifowania” języka.



piątek, 28 listopada 2014

"Wypychacz zwierząt"... refleksje po lekturze


Chyba jestem skazany na fantastykę...

Po chwili „oddechu” i pomyśle zabrania się za Cadyka i dziewczynę Anny Boleckiej, musiałem skapitulować. Niestety, nie wiem czy to mój gust się zmienił, odporność spadła lub entuzjazm, ale przez Cadyka… nie udało mi się przebrnąć. Możliwe, że temat mi nie podszedł (bo ile można?), a może za dużo tam „uczuć” i ckliwości, ale jeszcze tam wrócę i podołam. Mam nadzieję.

Zaraz po tym jak Cadyk powędrował na półkę, pochwyciłem Wypychacza zwierząt Jarosława Grzędowicza. Gdy tak układam sobie wszystkie notatki i refleksje po-lekturowe, czuję że jestem zarówno pod wrażeniem, jak i lekko rozczarowany. Spodziewałem się, że zostanę wywrócony na lewą stronę zachwalaną przez wydawcę pozycją… Tymczasem blisko połowa tekstów zebranych w tym tomie okazała banalna, niezła ale wtórna. Pozostałe opowiadania trzymały w miarę wysoki poziom, ale tylko kilku udało się mnie zachwycić.

Pierwszym tekstem jest przewrotne Hobby ciotki Konstancji. Ironiczna, skromna acz treściwa opowiastka o przyzwyczajeniach; złych (dosłownie) nawykach. O pasji, która nie umiera. To lekka przystawka zaostrzająca apetyt.

Na kolejny stronach znajdziemy trochę przekombinowane opowiadanie s-f okraszone tytułem Zegarmistrz i łowca motyli. Choć zakończenie jest zaskakujące i zaskakująco niepokojące, całość wydaje się być pisana trochę bez przekonania. Nie wciąga jednak tak, jak trzecia w spisie treści Nagroda, gdzie ironia i groteska wiodą prym. Dla wszystkich wolnych duchów będzie to bardzo „przerażająca” przygoda.  

Buran wieje… to z kolei wariacja na temat czasu i przestrzeni, polityki i ludzkiej świadomości; tego jak pojmujemy świat wokół nas. Więcej nie zdradzę, ponieważ lektura straciłaby sens. Opowiadanie banalne i monotonne, ale dość ciekawe. Lepiej wypada ironiczna Obrona konieczna, zakończona doskonała pointą.

niedziela, 23 listopada 2014

Jak nie organizować imprez, czyli Targi Książki w Katowicach...

Katowickie Targi Książki, które od czterech lata organizuje ExpoSilesia staczają się po równi pochyłej. Lekko, ale się staczają.  Skromna liczba wydawnictw, zaledwie kilka spotkań autorskich i… czytajcie dalej, a się dowiecie.

Do Spodka wkroczyłem w niedzielny poranek. Trzeci, ostatni dzień imprezy zaczynał się nieco ospale, ale w gmachu już było całkiem sporo ludzi. Łącznie tego dnia pojawiło się  kilkaset (może tysiąc) osób. Statystyk nie znam, ale korytarze pustkami nie świeciły. Niemniej ścisku też nie było. Ktoś tam się ruszał… Podobno w sobotę można było zobaczyć całkiem spore tłumy, ale piątek również miał być dość słaby. To opinie zasłyszane do znajomych (tak gości, jak i wystawców), obecnych na Targach przez cały czas ich trwania.

Pojawili się znani i lubiani autorzy. Nie tak licznie jak dwa lata temu (wtedy Targi były w miarę dobre, jak na początkującego gracza), ale byli: Pilipiuk, Kańtoch, Białas, Ćwiek… Da się? Morzna? Morzna! (błąd jest cytatem).

Dariusz Rekosz, przy stoisku Granice.pl


Zachwycili mnie bibliotekarze (MBP Katowice!) i antykwariusze. Obłowiłem się za kilkanaście złotych, kupując rzadkie i ciekawe druki poetyckie, którymi uzupełnię rosnącą kolekcję: Pajewską, Paździora, Kijonkę… trochę silesiacy i całkiem przyzwoitej prozy. Oczywiście większość normalnych ludzi uznałoby te pozycje za śmieci, ale dla mnie to skarby, które należy chronić.

piątek, 21 listopada 2014

Patronat: "Sny Einsteina" - wystawa ilustracji Katrzyny Breczko

Wszystko zaczęło się od książki...
... „Sny Einsteina” autorstwa Alana Lightmana, która stała się
światowym bestsellerem przetłumaczonym na 30 języków.
Autor fabularyzuje postać młodego Alberta Einsteina, nękanego
osobliwymi snami podczas tworzenia słynnej teorii względności.
Opowiada 30 snów, z których każdy prezentuje inną koncepcję czasu.

Ilustracje, które pokażemy na wystawie, są częścią autorskiego
opracowania graficznego „Snów Einsteina”. Nie przedstawiają dosłownie
treści książki, są wartością dodaną. Poszczególne obrazy prezentują
bardzo swobodne, surrealistyczne podejście do upływu czasu, a każdy z
nich łączy wspólny mianownik, wokół którego wszystko się zmienia.


O artystce:
Katarzyna Breczko – jej marzeniem jest być interdyscyplinarnym
projektantem graficznym. Zajmuje się ilustracją, projektowaniem
publikacji, czasem kręci filmy lub tworzy rzeźby-instalacje. Wciąż
poszukuje i nie zamierza przestać.


Wernisaż odbędzie się 29.11.2014, w piątek o godz. 18:00*
Wystawa potrwa do 31 grudnia.

Wstęp wolny.

Stacyja Myslowitz, ul. Powstańców 14, Mysłowice,
Budynek Dworca PKP

* na wernisażu przewidziany skromny poczęstunek (zapraszamy :)

środa, 19 listopada 2014

Targi Książki w Katowicach jednak się odbędą!




Istniało realne zagrożenie rezygnacją z planów organizacji kolejnej edycji Targów Książki w Katowicach. O tym, co działo się w roku ubiegłym… szkoda gadać. Co będzie w tym? Zobaczymy!


Targi ruszają w piątek około godziny 10:00, a zakończą się w niedzielę popołudniu. Zapowiedzi są raczej szczątkowe, niemniej w najbliższy weekend odbędzie się czwarta edycja. Ja na pewno pojawię się na Targach w sobotę i w niedzielę. 

Program znamy, goście zaproszeni. 

PROGRAM - WEŹ ZOBACZ!

Będą m.in: Andrzej Pilipiuk, Dariusz Rekosz, Zbigniew Białas, Grzegorz Chudy, Danuta Noszczyńska i Marcin Melon. 

A więc lepiej niż rok temu!

Liczba wystawców jest dość obszerna i choć część z nich niewiele ma wspólnego z literaturą, reszta powinno to zrekompensować.

Będą też spotkania dla blogerów – tym zajęła się grupa ŚBK (Śląscy Blogerzy Książkowi), której kibicuję i skromnymi siłami staram się trochę wspierać (choć nie zawsze wychodzi).


Dla tych, którym półki uginają się od nadmiaru książek, ŚBK przygotowało dwudniową, sobotnio-niedzielną wymianę książek. Odbywać się będzie w następujących godzinach: sobota 14-17, niedziela 10-14. Co bardzo istotne, wymieniamy się tylko książkami wydanymi po 2000 roku – beletrystyką, reportażem, poezją itp. Zero podręczników, romansideł i staroci (chyba, że do mnie ;P)

Banery w mieście już się pojawiają (na moim osiedlu właśnie wisi jeden wielgachny!), zapowiedzi się piszą… pozostaje tylko czekać co dalej…





Zo

niedziela, 16 listopada 2014

Z wizytą w "Gildii Magów" T. Canavan


Kilka lat temu mignęła mi ta pozycja gdzieś na bibliotecznych półkach. Ktoś później wspominał, że czytał, polecał… Zaczytany w setkach innych pozycji przeoczyłem całkiem przyzwoitą – i sycącą mimo swej banalności – porcję fantasy.

Gildia magów, pierwsza część Trylogii Czarnego Maga, (w skrócie TCM, jak ten fajny kanał w telewizji) to pozycja dobra na nadchodzące jesienne wieczory. Niewymagająca lektura, idealna do czytania przy kubku herbaty, kiedy burze szaleją za oknem, zmierzch zapada tuż po obiedzie, a palce, zwłaszcza gdy ktoś nie weźmie rękawiczek, kostnieją z zimna. Powinna odciągnąć od szarości dni najbliższych.


Fabuła skrojona umiejętnie, bez większych dłużyzn, ale i pozbawiona pędzących na łeb na szyję zwrotów akcji, powtarzających się z częstotliwością większą niż reklamy w Polsacie (a sporo takich pozycji można na rynku spotkać). Ze świecą szukać obscenicznych scen, ba nawet wyszukanej erotyki. Te sprawy załatwia się tu raczej subtelnie. Lub gwałtem, ale bez plastycznych opisów. Akcja rozwija się więc w jednostajnym trybie, nieznacznie przyspieszając lub zwalniają w zależności od dziejących się wydarzeń. Tak, by nie znudzić, ani też przyprawić o palpitację serca.

środa, 12 listopada 2014

BOT - zagłada świata po ukraińsku... Recenzja powieści M. Kidruka

Ostatnimi czasy dostaję do rąk wiele ciekawych pozycji, zarówno nowości jak i publikacji, które światło dzienne ujrzały już dawno. Nie sposób pisań o nich negatywnie, co z jednej strony cieszy, z drugiej zaś niepokoi. Nie lubię krytykować na siłę, klecić jadowitych, obelżywych recenzji na granicy dobrego smaku (choć pewnie przyciągnie to więcej czytelników)… Jednak praktyczny brak opinii na „nie”, świta mi od pewnego czasu, może wzbudzać pewne podejrzenia, czy aby na pewno jestem obiektywnym i świadomym czytelnikiem… Ba, pewno. Więc i ta recenzja będzie pozytywna. Choć nie całkiem.

Niedawno udało mi się nawiązać skromną współpracę z wydawnictwem Akurat, co zaowocowało recenzją Czerwonych koszul J. Scalzi’ego. Książka ta była ciekawą, nową przygodą. Choć lekko nudnawa, stanowiła dla mnie swoistą nowość w podejściu do fantastyki naukowej i dała mi do myślenie. Jednak BOT Maxa Kidruka jest o wiele lepszy.

BOT to – jak czytamy w opisie – technothriller s-f… Nazwa może dziwaczna, ale w końcu lata temu ogłoszono „zagładę gatunków”, więc wszystko wolno (hulaj dusza). Postmodernizm pełną gębą. Niemniej termin ten dość trafnie opisuje to, co zajdziemy na przestrzeni, bagatela, sześciuset stron. To też – jeśli się orientuję w meandrach swej zaśmieconej łepetyny – pierwsze moje spotkanie z fantastyką zza wschodniej granicy (nie licząc Lodu Sorokina). Oby książki nie wydano z przyczyn politycznych… Wcześniej miałem sposobność zapoznania się jedynie z poezją Jurija Andruchowycza (intrygującą!), którego zaproszono na zeszłoroczne Ars Cameralis. Kto widział i słyszał, ten wie, że było warto do późna siedzieć w Malarni.

sobota, 8 listopada 2014

Wydawnictwo Claroscuro zaprasza na spotkanie z Vasile Ernu!

POZNAŃ
13 listopada 2014 r., godz. 18.00
Miejsce: Foodwine / Stary Browar, ul. Półwiejska 42, 61-888 Poznań
Gość: Vasile Ernu
Prowadzący: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Organizatorzy: Rumuński Instytut Kultury, Wydawnictwo Claroscuro, Foodwine, Bookarest

Vasile Ernu: „Cierpienie nie jest kluczem do interpretacji komunizmu”.
O tym, czy warto pamiętać, z autorem książki „Urodzony w ZSRR” porozmawia Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Spotkanie z Vasile Ernu, autorem głośnej i dla wielu kontrowersyjnej książki „Urodzony w ZSRR”, to okazja, by nie tylko powspominać stare, dobre (?), czasy, lecz także by zastanowić się nad naszym stosunkiem do przeszłości i nad tym, w jaki sposób oceniamy ją dzisiaj, po 25 latach od początków przemian.

Czym dla społecznej tożsamości było doświadczenie komunizmu? Czy tożsamości tej należy się wstydzić? Czy warto pamiętać?

„Urodzony w ZSRR” to krzyk protestu wobec negowania przeszłości i wypierania doświadczenia – głównie kulturowego – jakim był Związek Radziecki. Bo przecież ZSRR to nie tylko polityczny twór. To także kraj, w którym po prostu żyli ludzie: bawili się, płakali, czytali książki, oglądali filmy, pracowali i obchodzili święta. To kraj, który wytworzył własną kulturę i który był podstawą tożsamości dla milionów.
Mimo to nie wypada dziś mówić choćby z nutą nostalgii o czasach sprzed upadku żelaznej kurtyny.
Vasile Ernu nie sili się jednak na jakąkolwiek poprawność polityczną.
Na rozmowę z autorem serdecznie zapraszają Rumuński Instytut Kultury i Wydawnictwo Claroscuro.

piątek, 7 listopada 2014

Porytkon... mało poryty, ale znośny. Trzeci konwent zaliczony!

Długo zastanawiałem się jak to wszystko napisać, tak, by wilk był syty i owca cała. Trochę mi wstyd, że relacja pojawia się tak późno, ale różne rzeczy i zdarzenia złożyły się na fakt dopiero-dzisiejszej publikacji. Nie wyłączają wrodzonego lenistwa. Przepraszam i zapraszam do lektury.

Udało mi się dojechać na Porytkon dopiero w sobotę, głownie ze względu na pracę, która znacznie ogranicza moją mobilność. Wiele rzeczy przegapiłem, ale sporo udało się zobaczyć, spotkać znajomych i… przepytać stałych bywalców.

Po konwencie pojawiło się wiele pozytywnych opinii, podziękowań, wyrazów zachwytu... a równocześnie uwag krytycznych pod adresem organizatorów. Wszystko to obserwowałem i starałem się wyciągnąć wnioski. 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...