Gildia magów, pierwsza część Trylogii Czarnego Maga, (w skrócie TCM,
jak ten fajny kanał w telewizji) to pozycja dobra na nadchodzące jesienne wieczory.
Niewymagająca lektura, idealna do czytania przy kubku herbaty, kiedy burze
szaleją za oknem, zmierzch zapada tuż po obiedzie, a palce, zwłaszcza gdy ktoś
nie weźmie rękawiczek, kostnieją z zimna. Powinna odciągnąć od szarości dni
najbliższych.
Fabuła
skrojona umiejętnie, bez większych dłużyzn, ale i pozbawiona pędzących na łeb
na szyję zwrotów akcji, powtarzających się z częstotliwością większą niż
reklamy w Polsacie (a sporo takich pozycji można na rynku spotkać). Ze świecą
szukać obscenicznych scen, ba nawet wyszukanej erotyki. Te sprawy załatwia się
tu raczej subtelnie. Lub gwałtem, ale bez plastycznych opisów. Akcja rozwija się
więc w jednostajnym trybie, nieznacznie przyspieszając lub zwalniają w
zależności od dziejących się wydarzeń. Tak, by nie znudzić, ani też przyprawić
o palpitację serca.
Historia,
jaką Canavan serwuje czytelnikowi jest dość prosta: dziewczyna z ciemiężonego
ludu (względnie klasy społecznej), mieszkanka biednej dzielnicy, doświadczona
przez los, miotana sprzecznymi uczuciami, odkrywa w sobie magiczne zdolności,
coś, co przysługiwać powinno tylko i wyłącznie szlachetnie urodzonym. Rzecz
jasna napotka na swej drodze liczne przeciwności losu, odkryje mroczną
tajemnicę (jaką, zobaczcie tytuły kolejnych części), i… No właśnie. Jak to
zwykle bywa w tego typu opowieściach… jakoś to będzie.
Historia to lekko ugrzeczniona, jak pisałem
dwa akapity wyżej. Krew nie leje się strumieniami, a ludzkie (lub zwierzęce)
kończyny nie latają we wszystkich kierunkach. W końcu, teoretycznie, to książka
dla młodych czytelników, a przynajmniej tak bywa opisywana i taką też się
wydaje. Jednak dojrzały czytelnik, zwłaszcza osobnik lubujący się w fantastyce,
nie powinien kręcić nosem.
Motyw postaci
reprezentującej niższe klasy społeczne na arenie, nazwijmy to
„polityczno-historycznej” nie jest niczym nowym. To popularny, by nie rzecz
sztampowy motyw w literaturze (nie tylko fantasy), który realizowano na tysiące
różnych sposobów. Oczywiście tak przed, jak i po wydaniu Gildii magów, pamiętajcie, że książka ukazała się raptem kilka lat
temu.
Gildia Magów, jako całość, podobnie jak
kolejne dwa tomy trylogii (oraz inne pozycje z tego uniwersum) raczej nie
prezentuje niczego nowego. Dawid Wiktorski (Zaginiony Almanach) pisał – co
warto podkreślić – o zbieżnościach panujących w powieści realiów z serią
autorstwa J.K. Rowling. Zgadzam się, trafna uwaga, choć ja dostrzegam większe
podobieństwo dopiero w przypadku części drugiej, noszącej tytuł Nowicjuszka. Ale o tym za kilka dni, jak
tylko skończę lekturę (informacja dla miłośników teorii spiskowych – plagiatu
nie ma).
Canvan udało
się więc podgrzać kotleta tak, by nie smakował jak wyciągnięty z mikrofali.
Można tu dostrzec sporo niedociągnięć, uproszczeń i schematyczności, ale
pierwsza część Trylogii Czarnego Maga
stanowi pozycję, na którą warto mieć oko. A nawet rzucić tym okiem. Byle nie
przymknąć
Trudi Canavan
Gildia Magów
Galeria Książki,
2010
Stron: 600
Krzysztof
Chmielewski
Uwielbiam, kocham i nie wiem co jeszcze! :)
OdpowiedzUsuńKrótko, acz treściwie. Za kilka dni recenzja drugiego tomu, który okazał się... całkiem całkiem!
OdpowiedzUsuń