Długo zastanawiałem się jak to
wszystko napisać, tak, by wilk był syty i owca cała. Trochę mi wstyd, że relacja
pojawia się tak późno, ale różne rzeczy i zdarzenia złożyły się na fakt
dopiero-dzisiejszej publikacji. Nie wyłączają wrodzonego lenistwa. Przepraszam i
zapraszam do lektury.
Udało mi się dojechać na Porytkon
dopiero w sobotę, głownie ze względu na pracę, która znacznie ogranicza moją
mobilność. Wiele rzeczy przegapiłem, ale sporo udało się zobaczyć, spotkać
znajomych i… przepytać stałych bywalców.
Po konwencie pojawiło się wiele pozytywnych opinii, podziękowań, wyrazów zachwytu... a równocześnie uwag krytycznych pod adresem
organizatorów. Wszystko to obserwowałem i starałem się wyciągnąć wnioski.
Ogólnie rzecz biorąc Porytkon
uznawany jest za osobliwy konwent i oceniany w nieco innych kategoriach. W
jakich, tego nie udało mi się dociec. Konwent jak konwent. Może chodzi o
miasto? Kto wie. Ja nie odczułem specjalnych różnic w formie organizacyjnej, wyglądzie uczestników, propozycjach programowych... No, może pani wydająca plakietki mogłaby traktować ludzi inaczej niż natrętne muchy... Ogólnie rzecz biorąc - nie było źle.
Atrakcji zapowiadano masę – od
dyscyplin sportowych, przez wykłady, warsztaty, aż po spotkania i konwentową
knajpkę (swoją drogą, dość ciekawie zaaranżowaną). Na terenie szkoły pojawiło się
bardzo wielu interesujących wystawców, zarówno lokalnych (jak Komiksiarnia czy
Teoria), jak i tych, którzy zjechali się z innych stron. Pod tym względem
Porytkon przebił dwa konwenty na których dotychczas byłem – Animachinę i Asucon.
Niestety, zawiedli trochę ludzie.
Choć właściwie nie do końca, bo konwent siłą rzeczy konkurować musiał z
gigantyczną imprezą jaką były Targi Książki w Krakowie (a tam były dziesiątki
tysięcy ludzi…). Niemniej, część gier i wykładów odwołano, jak usłyszałem od uczestników błąkających się po korytarzach.
Oczywiście dały się słyszeć głosy niezadowolenia, narzekania na nudę i prowizorkę. Ja w dalszym ciągu uczę się „bywania” na tego typu imprezach. Wybrałem się w konkretnym celu, by zobaczyć i usłyszeć konkretne rzeczy. I właściwie się to udało, mimo iż zrealizowałem tylko część własnych planów. Ba, spotkałem nawet znajomych, z którymi nie gadałem od lat.
Oczywiście dały się słyszeć głosy niezadowolenia, narzekania na nudę i prowizorkę. Ja w dalszym ciągu uczę się „bywania” na tego typu imprezach. Wybrałem się w konkretnym celu, by zobaczyć i usłyszeć konkretne rzeczy. I właściwie się to udało, mimo iż zrealizowałem tylko część własnych planów. Ba, spotkałem nawet znajomych, z którymi nie gadałem od lat.
Prawda, w wielu miejscach roiło się od uczestników, i było gwarno niczym w ulu, w innych zaś stronach brakowało tylko kulistego krzaka, który przetoczyłby się po ziemi popychany wiatrem.
Była Retrogralnia, w której łezka
zakręciła się oku. Pomyśleć, że ludzie jeszcze w to grają. Bez
emulatorów… Piękności. Były planszówki, karcianki,
strzelnica nawet...
I, na całe szczęście, był cosplay. Zebrany na szybko, lichy bo lichy (jeśli chodzi o kwestie techniczne), ale tych
kilkanaście postaci, które wzięły udział w montowanym na chybcika pokazie
zaprezentowało się przyzwoicie.
Frekwencyjnie Porytkon
wypadł dość blado. Organizacyjnie - trochę też, ale cóż zrobić, kiedy budżet niski, ludzi do pracy mało, a roboty - zapewne - od groma.. Jakościowo (merytorycznie), było dobrze. Czasu więc nie straciłem.
Chętnie poznam opinie innych, uwagi krytyczne pod adresem organizatorów i powyższego tekstu. Pochwały też mile widziane.
Chętnie poznam opinie innych, uwagi krytyczne pod adresem organizatorów i powyższego tekstu. Pochwały też mile widziane.
Ej, szkoda, że dopiero po etykiecie można dojść, gdzie ta impreza się odbywała ;)
OdpowiedzUsuńByły wcześnie zapowiedzi, więc uznałem, że daty nie są tak ważne ;)
UsuńNo widzisz, daty też brakuje! :)
Usuń