Jakiś czas temu, gdy przechodziłem
ulicą S w mieście K, zajrzałem do zaprzyjaźnionego antykwariatu. Moją uwagę szybko
przykuła niepozorna książeczka z rysunkiem, jak się okazało Bohdana Butenki, na
okładce… Pochwyciłem ją, bowiem w duchu już od dawna zbierałem się do tego, by
zabrać się za autora, którego nazwisko zdobiło okładkę tuż nad wspomnianym
obrazkiem. Przyszedł więc czas na pierwsze słowno-myślowe potyczki z Bohumilem
Hrabalem. I pierwsze, od dłuższego czasu, zetknięcie z literaturą czeską (po Gówno się pali Sabacha , który ponoć na
Hrabalu się wzorował).
Jestem (prawie) świeżo po
lekturze Postrzyżyn i… Wydaje mi się,
że jeszcze nie do końca wiem, co chcę napisać. Miotam się pomiędzy zachwytem, a
niezrozumieniem/zawodem. Spodziewałem się, że wielkie namiętności targać będą
mą duszę już podczas lektury, tymczasem, gdy wzrok mój spoczął na ostatniej
stronie-zdaniu-słowie-kropce, w głowie miałem pustkę. Dopiero teraz kilka myśli
kołacze mi się w pustej łepetynie, więc spróbuję złożyć je w spójną, zrozumiałą
całość. Wyjdzie, jak zawsze, niezdarnie.
Świat w jaki autor wprowadza
czytelnika wydaje się być nierealny, oniryczny, mglisty. Hrabal na wszystko
patrzy przez palce, przez zasłonkę pamięci, jakby w pijackim widzie. Wspomina,
gawędzi sobie, mamrocze, podśmiechuje się z siebie i czytelnika. Sposób narracji
przypomina nieco chaotyczną opowieść z lekka zbzikowanego staruszka pochylonego
nad kuflem piwa. I tak też ma wyglądać.
Co bardzo istotne, postaci przedstawione
w powieści mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. To rodzice autora i
jeszcze kilka innych postaci, które gdzieś tam się plączą po zadrukowanych
kartkach. No i nieśmiertelny wuj Pepin,
krzyczący w niebogłosy i opowiadający niestworzone historie.
W oparach absurdu odgrywają się
sceny z życia wzięte, które, jestem przekonany, wielu czytelników zna z
autopsji. Niejednokrotnie groteskowa rzeczywistość wydaje się być jedynie
przykrywką dla treści ciut głębszych, niż wypychanie flaka mielonym mięsem.
W najbliższym czasie muszę zrobić
głębsze rozeznanie w Hrabalowych tekstach i tekstach około-hrabalowych. Nie
mogę sobie pozwolić na to, by przejść wobec tego autora prawie-obojętnie. Choć
nie jestem przekonany, czy aby na pewno mnie zachwyci (wszak wielkim pisarzem
był, to jednak zawsze pozostaje jakieś „ale”), a wielu by pewnie odpuściło.
Czuję się zmieszany. Zmieszany,
bo raz nie mogłem oderwać wzroku od zadrukowanych stron, to znów nie dało się
na nie patrzeć. Nie do końca potrafiłem się skupić na tym, co czytam. I nie
wiem, czy to moja nieuwaga i roztrzepanie, reakcja alergiczna na „nowość” czy
też autorskie zamierzenie.
Suma summarum, wychodzi jednak na
to, że Hraba jest autorem, którego czyta się dla samej przyjemności czytania. To
język się liczy. Choć wydaje się trudny, niezrozumiały, chwilami nawet
bełkotliwy, ma swój urok.
Kolejne teksty post-lekturowe językowo
(i treściowo) będą lepsze. Obiecuję.
Bohumil Hraba
Postrzyżyny
Krzysztof Chmielewski
Komentarze
Prześlij komentarz